Lud traw

Lud traw

Jeden z czytelników domagał się ostatnio obiecanych notek popularnonaukowych, zdjęć słodkich płazów i innych rzeczy, które nie przypominają o tym w jakim kraju dzisiaj żyjemy. Mam coś dla niego i wszystkich z podobnymi oczekiwaniami – notkę o filmie o słodkich zwierzątkach.

No, może nie zawsze słodkich. To wpis o Microcosmosie. To nie jest nowy film. Wielu z was być może już go widziało, choć pewno większość nie – to jednak nie był wakacyjny blockbuster. A tymczasem warto go zobaczyć, czy po raz pierwszy, czy celem odświeżenia sobie. Bo to jedna z najlepszych i najbardziej unikalnych rzeczy, jakie kiedykolwiek pojawiły się w kinie.

A jeśli go obejrzycie, możecie pójść na spacer do parku, czy na jaką łąkę, by samemu zanurzyć się w ukazanym w nim świecie.

Obraz

Najbardziej oczywistym wyróżnikiem Microcosmosu są zdjęcia. Wyobraźcie sobie film, który pozwala wam spojrzeć na stworzenia żyjące wśród traw w taki sposób, w jaki inne filmy pozwalają wam oglądać życie słoni, antylop czy lwów na sawannie.

Sekwencja ukazująca mrówki w sposób, w jaki inne filmy pokazują na przykład lwy u wodopoju.

Tutaj i w innych klipach przejścia przez czerń ozmaczają miejsca, w których przycinałem klipy dla skrócenia.

Zrobienie takich zdjęć wymagało czegoś więcej niż użycia makroobiektywów. Cel twórców stanowiła taka praca kamery, jaką znamy z filmów w naszej skali, w tym płynne podążanie za filmowanymi obiektami. To z kolei wymagało paradoksalnie zastosowania sprzętu znacznie bardziej skomplikowanego i masywnego, niż przy zwyczajnych filmach. By kamera mogła pracować zgodnie z oczekiwaniami twórców, skonstruowano specjalnego ruszającego nią robota, który umożliwił uzyskanie wielu niebywałych ujęć, które widać w filmie. Wszystko to ważyło ponad 300 kilogramów i podwieszone było na betonowym suficie studio filmowego.

Dźwięk i muzyka

W całym filmie jest dosłownie minuta, czy dwie, komentarza. Stanowi on wprowadzenie i mówi o mikroświecie, który istnieje skryty przed naszym wzrokiem.

Całą resztę filmu stanowią obrazy, dźwięki przyrody i muzyka. To one stanowią tworzywo, którym twórcy opowiadają historie. Dźwięki są mieszanką naturalnych odgłosów przechwyconych przez mikrofony oraz efektów opracowanych przez inżyniera dźwięku Laurenta Quaglio. Współpracował on ściśle z kompozytorem muzyki Brunem Coulais, tak więc ścieżka dźwiękowa to organiczna całość złożona z odgłosów natury i muzycznego komentarza stworzonego przez ludzi.

Muzyka Coulais czasami stapia się z odgłosami filmowanej przyrody, rozszerzając ambientowy efekt udźwiękowienia, czasami podejmuje się roli wskazywania widzowi subtelnych emocjonalnych podpowiedzi, nasuwających skojarzenia i odsłaniających sensy oglądanych scen.

Sądzę, że jest to jedna z najciekawszych i najlepiej zrealizowanych ścieżek dźwiękowych kina. Pod względem stopnia synergii w jaką wchodzi z obrazem spokojnie może konkurować z legendarną ścieżką Philipa Glassa do Koyaanisqatsi.

Widać to na przykład w scenie z mrówkami znoszącymi pokarm do mrowiska. Gdy podążamy ich śladem ku centrum ich metropolii, delikatna muzyka grana techniką pizzicato stopniowo wzbiera, aż staje się wielowarstwową strukturą, korespondującą z obrazem strumieni owadzich robotników znoszących pokarm do mrowiska.

O ile jednak ścieżka Glassa to minimalistyczny, repetytywny soundtrack do repetytywnego wizualnego strumienia, którym był film Godfreya Reggio, soundtrack stworzony przez Coulais często musi zastępować narrację. Co chwila rozkwita we wdzięczne miniatury, które w pewien sposób dopowiadają ukazywane historie na poziomie emocjonalnym. Doskonale widać to w scenie spotkania ślimaków winniczków, gdy obrazom czułości mięczaków towarzyszy pieśń śpiewana przez Marie Kobayashi.

Historia bez słów

Kino od początku było, co do zasady, opowiadaniem historii za pomocą ruchomego obrazu. W Microcosmosie szczególnie spore wrażenie robi sprawność z jaką reżyserzy zdolni byli pokazać widzom rzeczy, bez mówienia o nich. A przecież tematem ich obrazu jest życie istot na tyle obcych, że przeciętny widz może mieć spore problemy z zdekodowaniem tego, co widzi na ekranie.

Weźmy jako przykład scenę z biedronką, mszycami i mrówkami. Najpierw widzimy biedronkę sunącą po łodydze rośliny, w którą wczepione są liczne mszyce. Kolorowy chrząszcz żarłocznie pochłania pluskwiaki. Chwilę później przechodzimy do ujęcia, w którym biedronka natyka się na robotnicę mrówki. Ta zaciekle atakuje chrząszcza, kąsając go i zrzucając z rośliny. Po tym widzimy robotnice mrówek delikatnie smyrające mszyce czułkami. Mszyce, w odpowiedzi, wydzielają kroplę spadzi, szybko zjedzoną przez mrówki.

Nic nie jest komentowane, ale uważny widz powinien łatwo połączyć to co widzi i domyślić się, że mszyce są pod troskliwą opieką mrówek, które w zamian otrzymują od nich pokarm.

W ten właśnie sposób Microcosmos uczy o życiu ukazywanych stworzeń. Zmusza widza do obserwacji tego co się dzieje na ekranie. To z kolei pozwala nam ujrzeć skryty za historiami owadów rodzaj metaopowieści - o ludziach.

Dziecięca fascynacja

Na początku Microcosmosu narrator wyjaśnia nam, że przeniesiemy się do świata, w którym trawy są dżunglami nie do przebycia, kamienie górami, a najmniejszy staw morzem. Czas płynie tu inaczej, godzina jest jak dzień, dzień jak pora roku, a w jednej porze roku upływa całe życie.

To główna warstwa narracji, w której rozgrywają się zdarzenia i historie opowiadane w opisany wyżej sposób – obrazem i muzyką. Film zresztą co pewien czas pozwala sobie na bezpośrednie przypomnienie nam o różnicach skali, gdy na przykład przechodzi od ujęć w zbliżeniu, do bardziej ludzkiej perspektywy. Wrażenie kontrastu jest zaskakujące. To co przed chwilą było tytanicznym zmaganiem się stworzenia, które niczym Syzyf toczy wielki głaz, okazuje się być żuczkiem szybko sunącym przez polną ścieżkę.

Opowieści te są osadzone w szerszych ramach, do których wskazówki interpretacyjnej dostarcza nam znowu muzyka. Film zaczyna się i kończy tę samą piosenką (choć w odrobinę różnych aranżacjach). Śpiewają ją dzieci (w istocie synowie kompozytora, którzy mieli wtedy kilka lat). Tekst niełatwo zrozumieć. Początkowo może sprawiać wrażenie, że jest po francusku. W rzeczywistości to angielski z silnym francuskim akcentem.

Wsłuchanie się pozwala rozpoznać słowa ostrzegające przed ślepotą na szalony świat pod naszymi stopami. Zachęcają, by otworzyć oczy przed śmiercią, usiąść na trawie, patrzeć. W filmie, już na sam niemal koniec, kamera odrywa się od ziemi i traw ukazanych w zbliżeniu. Wraca na moment do ludzkiej perspektywy. Widzimy wtedy typowy wiejski krajobraz. W dali biją kościelne dzwony. Po polu niosą się głosy dzieciaków śpiewających jakieś rymowanki.

Wtedy szczególnie łatwo dostrzec co jest sercem tego filmu. Microcosmos to opowieść o ludzkiej zdolności do postrzegania transcendentnego piękna w oglądzie natury, której formy przekraczają ludzką wyobraźnię. To nie dokument. To szkic emocji, jakie możemy czuć, jeśli stajemy się bardziej uważni na to, co nas otacza. Emocji żywych jak u małego dziecka, które przysiadłszy w trawie, spędza czas na obserwacji niepojętych żyjątek, funkcjonujących w swoim własnym, niepotrzebującym ludzi uniwersum. Są one dziwaczne, czasami obce, ale nie zupełnie obce.

Żyją i giną tak jak my.

"Cytaty o Grecji" albo "euro jako źródło cierpień

"Cytaty o Grecji" albo "euro jako źródło cierpień

Marihuana wciąż nie leczy raka

Marihuana wciąż nie leczy raka