Przestrzeń publiczna

Przestrzeń publiczna

Ars Technica donosi o interesującym wyroku Sądu Najwyższego USA:

The US Supreme Court on Monday declared as unconstitutional a 2008 North Carolina law barring registered sex offenders from accessing commercial social media sites where minors may become members or create personal pages or profiles.

To, co wydaje mi się interesującym, dotyczy uzasadnienia, dla którego odrzucono prawo zakazujące przestępcom seksualnym dostępu do mediów społecznościowych: 

A fundamental First Amendment principle is that all persons have access to places where they can speak and listen, and then, after reflection, speak and listen once more. Today, one of the most important places to exchange views is cyberspace, particularly social media, which offers “relatively unlimited, low-cost capacity for communication of all kinds,” Reno v. American Civil Liberties Union, 521 U. S. 844, 870, to users engaged in a wide array of protected First Amendment activity on any number of diverse topics.

Nie znam się na prawie, ale z tego co wiem orzeczenia w jednym systemie sądownictwa rzadko, jeśli w ogóle, mają jakiekolwiek przełożenie na to, co się dzieje w innym systemie sądownictwa, choć wydaje mi się, że czasami sędziowie w orzeczeniach mogą się powołać na jakieś praktyki z innych legislacji.

Niemniej nie o szczegóły sądownictwa mi idzie, a kryjącą się za tym wyrokiem ideę: social media są dziś jedną z najważniejszych, być może najważniejszą, manifestacją przestrzeni przynajmniej w jakimś sensie publicznej.

W USA jest to o tyle ważne, że wspomniana w uzasadnieniu pierwsza poprawka do Konstytucji określająca zasady wolnej mowy jest jednym z fundamentów prawnej i społecznej organizacji tego kraju.

Mnie natomiast interesuje coś innego. Choć inne kraje nie mają ani amerykańskiej konstytucji, ani tym bardziej poprawek do niej, to większość cywilizowanych narodów doczekała się jakichś form prawnego rozpoznania, że możliwość wyrażania poglądów w przestrzeni publicznej jest istotnym prawem, jednym z fundamentów wolności jako takiej, a także społecznego dialogu i rozwoju.

Teraz: to w jaki sposób media społecznościowe w tej chwili kontrolują interakcje między ludźmi jest prawie wcale nie uregulowane. Owszem, gdzieniegdzie powoli powstają jakieś prawa, ale bardziej zorientowane na walkę z ruską propagandą, by nie powtórzyła się sytuacja jak z Trumpem w USA czy PiSem w Polsce, gdy zdezorientowane i nastraszone kampanią rosyjskich służb społeczeństwo wybiera na ważne stanowiska pomylonych i/lub niekompetentnych starców.

Nikt nie reguluje tego czy, jak i z jakimi konsekwencjami Facebook reaguje na to co ludzie na nim wypisują. Efektem jest, że mieszanka nieprzejrzystych algorytmów, niekompetentnych zoutsourcowanych pracowników w farmach gdzieś na końcu świata, jak i czystego przypadku, decyduje o tym co jest mową nienawiści, co fake newsem, co ważnym przyczynkiem w formowaniu tak zwanej opinii publicznej, co trollingiem, który można w nieszkodliwy sposób usunąć.

Niektórzy twierdzą, że nie ma w tym nic złego, że media społecznościowe to własność prywatna par excellence i tylko właścicielowi orzekać, co na nich wolno, a co nie. Z przykrością stwierdzam, że z argumentem tym często także wychodzą, przynajmniej w anglojęzycznych mediach społecznościowych i portalowych komentarzach, przedstawiciele kręgów tak zwanej społecznej sprawiedliwości. W ten sposób bronią serwisów teoretycznie niechętnych mowie nienawiści, w sytuacjach, gdy akurat jakieś medium – tak naprawdę mające gdzieś kwestie społeczne czy sprawiedliwości – dla czystego piaru zbanuje Milo Yannopoulisa czy innego prawackiego pomyleńca:

I thought about that today as the glib assertions flew that Twitter's banning of an obnoxious and contemptible person last night was somehow depriving him — if not under statute, at least in principle — of a right. And if that's not ignorant horseshit, it's intellectually dishonest horseshit. It's aired out in the internet's steaming mud paddock of freelance legal scholarship, by people who enjoy thinking highly of themselves for defending the First Amendment's guarantees to all while they mangle the concepts upon which that rests.

You don't have a right to do anything on Twitter. You have privileges there, granted by the people who created and operate the service. The assumption that Twitter should tolerate, enable or defer in its policies to those who claim their conduct is political or protected expression is absurd.

Jak widzimy, zgodnie z opinią tego autora amerykański Sąd Najwyzszy właśnie pokierował się tym absurdem.

Jeśli jesteś portalem, który zaprosił w swoje podwoje setki milionów albo nawet miliardy użytkowników, który promuje się tym, że rzekomo stwarza przestrzeń do dyskusji i wymiany idei, to jak ta dyskusja i wymiana idei ma przebiegać nie może być już tylko kwestią warunków, na które użytkownik (nie)zgadza się, gdy (nie)czytając EULA klika „Akceptuję”.

Media społecznościowe, przez swoją fundamentalną rolę dla publicznego dyskursu, muszą się wreszcie stać przedmiotem uwagi i regulacji ze strony państwowych i ponadpaństwowych organizacji. Użytkownicy muszą mieć zapewniony do nich dostęp, a warunki odcięcia tego dostępu nie powinny już ani chwili dłużej być tylko przedmiotem ich wewnętrznych regulaminów.

Hitler czy Stalin?

Hitler czy Stalin?

Amerykańscy bogowie (serial)

Amerykańscy bogowie (serial)