Kasa i polityka

Kasa i polityka

Skończyłem niedawno oglądać piąty sezon House Of Cards. Był niewątpliwie najłsłabszym z dotąd wyemitowanych. Nie uratowało go wprowadzenie ciekawej postaci – Jane Davis granej przez Patricię Clarkson.

Gdy myślę o tym, co w tym sezonie najsłabsze, oprócz rzeczy oczywistych, takich jak wzrastający poziom nierealności zdarzeń, wskazałbym niechęć do rzeczywistej eksploracji konsekwencji tego, co budowano w poprzednich sezonach serialu.

Tym co było w HoC relatywnie oryginalnym, to para bohaterów, którzy przynajmniej przez pierwsze dwie serie stanowili pewną zagadkę dla mnie jako widza. Nie ulegało wątpliwości, że Frank i Claire są spragnieni władzy, ale jak ją rozumieli, jak pojmowali uzyskanie władzy, czym właściwie miało być dla nich, jako ludzi, wdrapanie się na sam szczyt?

Retrospektywnie widać, że wszystko co sugerowało, że są to być może pytania, które twórcy House of Cards chcieli zadać, stanowiło zmyłkę.

Chodzi tylko o spektakl z fantazmatem politycznej socjopatii w centrum  

Spektakl w coraz większym stopniu niespójny. Bodaj w pierwszym sezonie Frank, w charakterystyczny dla HoC sposób przełamując czwartą ścianę i zwracając się wprost do widzów, porównał pieniądze i władzę jako przenikające się, ale istotnie odmienne byty.

Siebie samego, uosobienie prawdziwej władzy, kontrastował z dorabiającym się na polityce lobbystą Remym Dantonem (jak zwykle doskonały Mahershala Ali). Była tam też chyba obecna jakaś architektoniczna metafora – porównywanie kasy do budynków z desek, a władzy do budynku z cegieł, czy coś w tym stylu.

Dla mnie w tej serii krył się pewien paradoks, że przy całym jej nihilizmie, w centrum stawiało motywy skrajnie cynicznego, ale jednak człowieka, nie anonimowej machiny zagregowanego kapitalistycznego lobbingu.

W ostatniej serii to porzucono. Frank postanawia zostać trybikiem w maszynie kapitalistycznego lobbingu. To znaczy pewien twist z samego końca być może oznacza, że serial wcale nie chce tego ukazywać, ale jednak poprzedzająca go przemowa Franka czyni mnie sceptycznym.

A to znaczy, że ta optymistyczna fantazja o amerykańskiej polityce jako mającej w centrum bezwzględnych morderców motywowanych ambicją i wizjami, co prawda mglistymi, jakiegoś trwałego dziedzictwa, przemienia się w przygnębiające odwzorowanie prawdziwie ponurej rzeczywistości: agregatu karierowiczów, którzy dla kilku groszy sprzedadzą całą planetę.

Rzeczywistości opisanej niedawno w NYT, w artykule o tym jak Republikanie w USA zostali przez lobbystów pokroju braci Koch wyselekcjonowani pod kątem denializmu klimatycznego:

The campaign ad appeared during the presidential contest of 2008. Rapid-fire images of belching smokestacks and melting ice sheets were followed by a soothing narrator who praised a candidate who had stood up to President George W. Bush and “sounded the alarm on global warming.”

It was not made for a Democrat, but for Senator John McCain, who had just secured the Republican nomination.

It is difficult to reconcile the Republican Party of 2008 with the party of 2017, whose leader, President Trump, has called global warming a hoax, reversed environmental policies that Mr. McCain advocated on his run for the White House, and this past week announced that he would take the nation out of the Paris climate accord, which was to bind the globe in an effort to halt the planet’s warming. (…)

Republican lawmakers were moved along by a campaign carefully crafted by fossil fuel industry players, most notably Charles D. and David H. Koch, the Kansas-based billionaires who run a chain of refineries (which can process 600,000 barrels of crude oil per day ) as well as a subsidiary that owns or operates 4,000 miles of pipelines that move crude oil.

Government rules intended to slow climate change are “making people’s lives worse rather than better,” Charles Koch explained in a rare interview last year with Fortune, arguing that despite the costs, these efforts would make “very little difference in the future on what the temperature or the weather will be.”

Tak działa kapitalizm!

Natomiast wracając jeszcze do HoC. Widać spadek formy w wielu obszarach. Przykładowo bardzo brakuje mi pewnej namacalnej fizyczności i realności, która moim zdaniem była kiedyś obecna. W pierwszych dwóch, może trzech seriach, oglądając Franka i Claire miałem wrażenie, że to mogą być realni ludzie. Żyli w realnym domu, jedli w realnej kuchni, palili pety w realnie wyglądającym oknie.

Wszystko to przepadło. Biały dom jest już jak jakaś dekoracja z telenoweli, troszkę wyżej budżetowej.

Właściwie tu skończę, bo co więcej mogę napisać? Zresztą to co już napisałem nie trzyma się bardzo kupy, ale myśl jest taka: HoC powinno juz umrzeć, tak jak Frank powinien zejść po postrzale w poprzednim sezonie (czy to było nawet wcześniej?).

Kasownik przyzwoitości

Kasownik przyzwoitości

Premier Szydło miała rację

Premier Szydło miała rację