Amerykańscy bogowie (serial)

Amerykańscy bogowie (serial)

Skończyłem właśnie oglądać pierwszą serię ekranizacji Amerykańskich bogów Neila Gaimana. Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia co się w tym serialu dzieje. I piszę to jako czytelnik książkowego pierwowzoru, któremu wydaje się, że był swego czasu w stanie projektować na jego treść trochę spójnych znaczeń.

Na pewno podobał mi się język audiowizualny serii, który lepiej pokazać, niż o nim pisać:

A jednak coś mi z tym językiem zgrzytało. Był kolorowy, był przeestetyzowany. Był jak smartfonowa fotografia przepuszczona przez trochę bardziej hipsterskie, w porównaniu do instagramowych, filtry VSCOcam. I gdyby ta estetyka użyta została tylko do nowych bogów, takich jak Media czy Internet, wtedy byłoby spoko.

Niestety ta sama estetyka, z lekką tylko modyfikacją, dominowała w scenach wprowadzających starych bogów. W jednej z tych scen Odyn, znany jako pan Wednesday – oficjalnie jego tożsamość ujawniona jest w ostatnim odcinku pierwszej serii, ale trzeba być przygłupem, by się jej nie domyślić wcześniej, co niestety czyni przygłupem serialowego protagonistę Cienia – wyjaśnia Mediom różnicę między tym, czym dla ludzi byli starzy bogowie, a tym czym są nowi. Nowi bogowie jedynie zajmuję im czas, tudzież się tymczasową tarczą oddzielającą od egzystencjalnego kryzysu. Starzy bogowie nadawali ludzkiemu życiu sens.

Może. Byłbym skłonny uwierzyć, że starzy bogowie to jakiś rodzaj wzniosłości i głębszego znaczenia w życiu wyznawców, którego brakuje memom zajmującym wyobraźnie współczesnego człowieka. Ale wizualnie manifestacje starych bogów są w serialu równie efekciarskie, co nowych.

Tak czy siak tego rodzaju rozkminy były obecne w książce, to co było w niej nieobecne, to wizja, że bogowie, starzy czy nowi, mogą się dosłownie zamanifestować w obrębie współdzielonego świata doświadczeń ludzkich.

Nie, nie, nie. Wręcz przeciwnie, tym co książka co rusz podkreślała, pokazując na przykład przygotowania do wielkiej bitwy między starymi i nowymi bóstwami, to że gdyby jakiś człowiek na nie spojrzał, nic by nie zobaczył. Bo wszystko dzieje się Po Drugiej Stronie, w modus świata, w którym ścierają się ze sobą idee, masowe wyobrażenia.

amgodsep3.png

Owszem, książka pozwala nam na nie spojrzeć jak na niemal fizyczne starcia nadnaturalnych istot, ale właśnie – niemal. Nie twierdzę, że jest w tym całkowicie spójna, że nie ma tam pewnych niekonsekwencji. Oczywiście, że są, inaczej cała opowieści nie miałaby sensu. Wszak sprowadza się ona do historii rzeczywistego człowieka, który jakoś przekracza tę barierę, prowadząca ze świata fizycznego do świata zbiorowego imaginarium ludzkości, w którym funkcjonują obiekty kultu zwane bogami.

Nie on jeden zresztą. W końcu słynna scena seksu między mężczyzną i dżinem miała swój pierwowzór w książce. Ale tam owe spotkania śmiertelnych z bogami przybierały charakter indywidualnych przeżyć, czegoś, co ostatecznie dało by się zredukować do wizji raczej, niż obiektywnego oddziaływania bóstwa na świat.

Dzięki temu książka mogła opowiadać coś być może choć trochę interesującego obok wizji walko bóstw z różnych panteonów. Być bardziej metaforą, niż historią.

W ostatnim odcinku pierwszego sezonu serial zdaje się wędrować w innym kierunku. To nie Cień wszedł w świat amerykańskich bogów, starych i nowych, to oni weszli w świat ludzi, manifestując się na makroskalę. Metafora stała się Historią.

Nie jestem pewny, czy to opowieść, którą chciałem zobaczyć, choć jest na tyle przyjemna w oglądaniu, że będzie to opowieść dalej przeze mnie śledzona. Boję się jednak, że przez takie, a nie inne podejście przerodzi się w tani, przesycony kolorami serialik fantasy, którym nie musiała być.

Media to potężna bogini.

PS: Na koniec lekkie zastrzeżenie – książkę czytałem kilka lat temu, więc nie wykluczam, że jednak zwyczajnie zapamiętałem wszystko na opak i książka była równie słaba, co serial.

Przestrzeń publiczna

Przestrzeń publiczna

Rakka

Rakka