The 100

The 100

Tydzień temu jedną z weekendowych notek poświęciłem serialowi, a dokładniej staremu odcinkowi Archiwum X. Jak dotąd nowe odcinki Archiwum nie prezentują się zbyt dobrze, ale z ewentualnym opisem wrażeń poczekam do końca dziesiątego mini-sezonu.

 
 

Na szczęście nie mogę narzekać na brak interesujących seriali do oglądania, mimo, że prawie wszystkie moje ulubione tytuły, takie jak Game of Thrones, Fortitude, Daredevil czy House Of Cards są chwilowo w zawieszeniu i nie-emisji, w oczekiwaniu na nowe sezony. A to dzięki temu, że zacząłem oglądać The 100.

Mój pierwszy kontakt z tą serią miał miejsce ponad rok temu, gdy przypadkiem trafiłem na trailer:

 
 

I owszem, miałem dokładnie takie odczucia jak pewno większość z was teraz: kolejne pomyje po postapokaliptycznych historiach, tym razem w wersji nastoletniej. Następny amerykański serialik, w którym grupa seksownych dziewcząt i chłopców odkrywa, że życie na postapokaliptycznej Ziemi nie różni się szczególnie od walki o popularność w typowej serialowej amerykańskiej szkole średniej.

Innymi słowy wyniosłem z obejrzenia traileru przekonanie, że absolutnie muszę unikać tej serii.

I pewno bym w nim wytrwał, gdyby nie przypadek. Mając wciąż aktywny okres próbny Netfliksa, wszedłem nań, by upewnić się, że już zdążyłem obejrzeć wszystko, co mogło być interesujące (wybór w PL Netfliksie jest dość żenujący).

Wśród rekomendowanych na pierwszym miejscu akurat wyświetlało mi się The 100. Choć samą rekomendację zamierzałem zignorować, to zaciekawiony wszedłem na Wikipedię – by przeczytać jakież to intrygi zafundowali widzom twórcy.

Nim jednaj przeczytałem cokolwiek o fabule, to rzuciła mi się w oczy sekcja z opiniami krytycznymi. A te były w większości pozytywne.

Pozytywne.

Nie może być - pomyślałem i wszedłem na Rotten Tomatoes. Okazało się, że Wikipedia nie kłamała:

 
 

Widząc to, a także przeczytawszy kilka tych pozytywnych, agregowanych przez Rotten Tomatoes recenzji, postanowiłem spróbować i obejrzeć kilka odcinków.

Skończyłem następnego dnia o szóstej rano, po obejrzeniu ciurkiem całej pierwszej serii (ach Netflix...). Poszedłem spać, a po obudzeniu się zasiadłem do drugiej serii, którą znowu obejrzałem za jednym zamachem.

 
Clarke Griffin, która jest do pewnego stopnia centralnym charakterem serii.

Clarke Griffin, która jest do pewnego stopnia centralnym charakterem serii.

 

Nie spodziewałem się tego

W rzeczy samej kilka pierwszych odcinków wcale nie było tak fajnych. W trakcie oglądania pierwszych dwóch nadal uznawałem, że wrażenia z trailera mogły nie być szczególnie mylące. Seria zaczyna się w dokładnie tak stereotypowy sposób, jak by się tego można było spodziewać.

Oto grupka niewyrośniętych, skazanych za różne przestępstwa Homo sapiens, która zamieszkiwała Arkę – kosmiczną kolonię założoną przez 12 różnych stacji, które orbitowały wokół Ziemi, gdy tą ogarnęła atomowa pożoga, wypalając ludzką cywilizację z powierzchni – zostaje zesłana na planetę celem sprawdzenia, czy może już nie nadaje się do ponownej kolonizacji.

Dzieciarnia myśli, że to nowa, szczególnie okrutna kara –na Arce za każde przestępstwo dorosłych wyrzucano w próżnię, dura lex sed lex, a oni właśnie weszli w legalną pełnoletniość. Nie wiedzą, tak jak większość populacji Arki nie wie, że ich stacja uległa nieodwracalnemu uszkodzeniu systemów podtrzymywania życia. Jeśli ich exodus nie potwierdzi, że na Ziemi znowu da się żyć, cała ludzkość wymrze.

Takie jest zawiązanie akcji, które rychło przechodzi w inną wiązkę stereotypów. Na powierzchni dość szybko wykształca się przewidywalna dynamika. Niektórzy zachłystują się wolnością i zaczynają budować struktury wokół spontanicznie wyłonionych przywódców wyznających pogląd, że nadszedł czas wolności od zasad, które tak obezwładniająco regulowały ich życie na Arce.

Inni, ci w mniejszości, zdecydowanie opowiadają się za utworzeniem jakichś zasad, nawet jeśli niekoniecznie odtwarzających nieludzkie warunki rządzące życiem społeczności na Arce. 

 
 

Był to moment, w którym spodziewałem się, że dalsza akcja rozwinie się całkiem stereotypowo. Ostatecznie taka dynamika, między przemocowym anarchizmem, a pragnącymi ładu i porządku, jest dość standardowa w tego typu historiach. Wystarczy wymienić wspomnianego wcześniej Maze Runnera, choć bardzo wiele historii dziejących się w postapokaliptycznych czasach jest zbudowanych w ten sam sposób.

Nietrudno wskazać skąd wywodzi się ten model. To Władca much ukazał stworzoną ad hoc społeczność dzieci i nastolatków, która uwolniona z więzów narzuconych stabilną kulturą i społecznymi normami, tworzy nieprzyjemną, pełną przemocy zbiorowość.

Zacząłem rozumieć, że The 100 będzie ciekawszym serialem, gdy ta stereotypowa dynamika zostaje zakwestionowana, w dużej mierze tyleż przez interakcję z otoczeniem – młodzi rozbitkowie z Arki dość szybko orientują się, że atomowa apokalipsa może zniszczyła cywilizację, ale zdecydowanie nie zabiła wszystkich ludzi na powierzchni – co w wyniku wewnętrznej ewolucji relacji w grupie.

Ta ewolucja przekłada się na nader interesujący rozwój postaci. Serial najpierw niejako obsadza ich w stereotypowych rolach, w rodzaju dobra dziewczyna, która pragnie wszystkich uratować zachowując człowieczeństwo, zwolennik porządku, zwolennik anarchii, zwolennik pokoju, spuszczona ze smyczy etc., po czym umiejętnie i przekonująco kwestionuje te role, pozwalając bohaterom na uczenie się z doświadczanych zdarzeń.

To właśnie ten rozwój i nieprzewidywalność mnie ostatecznie urzekły. O The 100 można powiedzieć różne rzeczy, ale na pewno nie można powiedzieć, że wie się, co za chwilę się wydarzy.

Przy całej wtórności motywów, z których zbudowana jest akcja The 100, twórcy włożyli mnóstwo pracy, by akcja ta była organiczną i nieprzewidywalną całością, pełnej postaci z krwi i kości, które wzrastają i rozwijają się w przekonujący sposób. Muszą podejmować trudne, często potworne decyzje, ale widz, towarzysząc im w tym od początku, nie ma zwykle problemu w zrozumieniu czemu postępują właśnie tak, a nie inaczej.

Zaś jako dotyk orzeźwiającego realizmu działa, że chęci i determinacja to w tym serialu zwykle zbyt mało, by wypadki toczyły się tak jak tego sobie życzą nasi bohaterowie.

Nie jest to serial bez wad

Nie twierdzę, że serial nie mógłby być lepszy. Stacja, która go wyprodukowała (CW), znana jest raczej z produkcji obyczajowych w rodzaju 90210. Co prawda The 100, o czym zresztą pisze większość recenzentów, wyraźnie odbiega od właściwej CW normy, ale szczególnie w pierwszym sezonie pewna telenowelowa specyfika jest dostrzegalna, zaś śladowe jej ilości uchowają się nawet w sezonie drugim.

Jeśli jednak spojrzeć całościowo, to ta telenowelowa specyfika tylko wzmacnia nieprzewidywalność, dając widzowi nawet więcej mylnych tropów.

Serial mógłby tez być rasowo bardziej różnorodny, szczególnie, że załoga Arki ma być populacją stworzoną przez dwanaście różnych stacji, wywodzących się z różnych nacji. Choć na Ziemi jest lepiej w tym względzie, niż w kosmosie.

No i jako serial w zasadzie s-f mógłby lepiej traktować naukę. Twórcy chyba nie do końca zdają sobie sprawę jak działa grawitacja czy choroba popromienna. NIe zrozumcie mnie źle, chodzi o to, że choć strona socjo- i psych- jest potraktowana przekonująco, to strona sci- raczej jak na telewizyjną normę przystało, jeśli wiecie co mam na myśli.

Budżet wyraźnie nie należy do najwyższych, co szczególnie widać w kontekście CGI. Użytek z niego jest na szczęście niewielki, ale w kilku scenach, w których bohaterowie wchodzą w interakcje z fauną Ziemi, cóż, wystarczy, że powiem, że smoki Danerys z GoT wyglądają dużo bardziej realnie, niż pumy i goryle w The 100.

Z drugiej strony The 100 pokazuje, że nawet najgorsze CGI jest tak słabe jak historia, którą opowiada. A ponieważ historia w The 100 jest zajebista, to nędza CGI nie stanowiła dla mnie większego problemu.

Każdy sezon stanowi do pewnego stopnia zamkniętą całość. To znaczy sezon drugi organicznie buduje na wydarzeniach sezonu pierwszego, ale wprowadza nową konfigurację relacji i wyzwań, przed którymi stoją bohaterowie, odsłaniając kolejne obszary postapokaliptycznej Ziemi, pełnej specyficznych plemion i kultur, które uchowały się z zagłady.

Trzeci sezon podobnie, wprowadzając jak dotąd najbardziej ryzykowny wątek – sztucznej inteligencji, która okazuje się stać za zagładą. Tak, kolejny stereotypowy i wtórny wątek, ale jeśli posądzam jakiś serial o potencjał potraktowania go w twórczy i ciekawy sposób, to będzie nim właśnie The 100.

Na razie cieszy (uwaga spojler), że motywacja SI stojąca za próbą eksterminacji ludzkości wydaje się być w miarę zbieżna z tym co przewidują specjaliści tacy jak Nick Bostrom – odpowiednio inteligentne oprogramowanie może wyeliminować ludzkość wypełniając po prostu jej rozkazy co do litery, pojmując ich konsekwencje lepiej i głębiej, niż kognitywnie ograniczone mózgi, które je wydały. Nie jest to więc powielenie (mimo powierzchownych podobieństw) wątku Skynetu czy Matrixa.

Pierwszy i drugi sezon The 100 jest w tej chwili dostępny na Netfliksie. 

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Sztuczna inteligencja nauczyła się (lepiej) grać w go

Sztuczna inteligencja nauczyła się (lepiej) grać w go

Flukeman

Flukeman