Pasożyty i drapieżcy: komentarz

Pasożyty i drapieżcy: komentarz

Rafał Marszałek, prowadzący bloga Nic prostszego, zostawił pod notką o pasożytniczych i drapieżnych pismach polemiczny komentarz. Za pozwoleniem autora reprodukuje go tu w całości, bo pozwala spojrzeć na opisane w mojej notce zjawiska z innej strony:

 
O tym, jakie problemy targają naukowym przemysłem wydawniczym, jak wyglądają relacje między biznesem a akademią, kto jest pasożytem, a kto tylko wyzyskiwaczem, i jak zaradzić zalewowi prac niskiej jakości i wątpliwej wartości, możnaby napisać książkę i wciąż pewnie byłoby mało. Dlatego nie do końca wiem, od której strony temat ugryźć – bo chociaż tekst jest na czasie, to sporo w nim niedopowiedzeń i krzywdzących uproszczeń (zdaję sobie oczywiście sprawę, skąd się biorą – ano stąd, że jakby ktokolwiek chciał się zagłębić w każden aspekt sprawy, to jak powiedziałem, możnaby popełnić książkę, a nie jeden wpis. Tylko kto by to czytał).
Spróbuję się odnieść do przynajmniej kilku punktów.
Po pierwsze, myślę, że istotne jest aby oddzielić kilka aspektów, które się często miesza, a które są od siebie tak naprawdę niezależne. A są to: otwarty dostęp, kwestia jakości publikacji, impact factor oraz drapieżni wydawcy.
Zgadzam się całkowicie, że sposób funkcjonowania wydawców tradycyjnych jest problematyczny w tym sensie, że ich zyski nie odzwierciedlają wkładu ze strony firmy. Tu warto dodać – do darmowej przecież pracy autorów i recenzentów – że w przypadku tak wydawanych prac autor publikując pracę zrzeka się praw autorskich na rzecz wydawnictwa. Jest to chyba największa hucpa całego tego biznesu, dochodzić może bowiem do sytuacji tak kuriozalnych, jak to, że autor nie może przedrukować ilustracji z własnej pracy (np. w pracy przeglądowej) bez zgody wydawcy, a często i za słoną opłatą. Dodatkowo polityka jaką prowadzi np. Elsevier – sprzedaży subskrypcji w tzw. pakietach – jest wyjątkowo cwana i odbija się mocno na kieszenii uniwersyteckich bibliotek.
Nie jest jednak tak – wbrew temu, co twierdzić mogą analitycy Deutschebanku (a bardzo bym chciał zobaczyć pełną treść tej analizy) – że wkład wydawcy jest zerowy. Abstrahując od podstawowych kosztów (copy-editing czy produkcja finalnej wersji publikacji – bo to rzeczywiście nie jest jakiś dramatyczny koszt), wydawcy wokół pism, bardziej może niż wokół samych indywidualnych prac, chociaż to też zaczyna się zmieniać, wypełniają całą masę dodatkowych funkcji. Wiele z nich jest techniczne: uruchomienie pisma, rejestracja w różnych serwisach i bazach danych typu ISSN czy PubMed, utrzymywanie pisma na jakiejś tam platformie online (a warto zdawać sobie sprawę, że wydawca publikując pracę w swoim piśmie gwarantuje jego wieczystą dostępność, nawet jeśli pismo ulegnie zamknięciu), często fundowanie pisma przez okres początkowy (bo żadne pismo nie przynosi dochodów od razu).
Inne funkcje są bardziej na poziomie redakcyjnym: bo nawet jeśli redaktorzy są akademikami to nie jest tak, że się ich od razu rzuca na głęboką wodę. Często przechodzą szkolenia, regularnie spotykają się na zjazdach rad naukowych pism itd. I ktoś to musi zorganizować i za to zapłacić. Jeszcze większy koszt wydawca ponosi w przypadku pism z profesjonalną redakcją. Wbrew pozorom olbrzymią ilość pracy wydawca wykonuje też po publikacji – bo praca sama z siebie nie wędruje do PubMedu, PMC i innych baz danych. I tak dalej, i tym podobne. Dość wyczerpującą listę znaleźć można tutaj: http://scholarlykitchen.sspnet...
Warto tutaj zaznaczyć, że te zadania wydawcy wykonują niezależnie od tego, czy działają w systemie subskrypcyjnym, czy otwartodostępowym.
Innym problemem jest wspomniana kwestia pasożytniczych czy drapieżnych pism OA publikujących – jak to mawia Jeffrey Beall – za pieniądze. Pracę Bealla bardzo cenię, ale nie jest sekretem, że z ruchem OA to on ma raczej na pieńku. Bo chociaż wiele pism i wydawnictw, które wskazał jako drapieżne, rzeczywiście drapieżne jest, to jednocześnie zdarzyło mu się wielokrotnie obsmarowywać przyzwoitych wydawców OA (z powodów nierzadko dość wątłych). Dlaczego mam z tym problem? Ponieważ – tak jak w przypadku niesławnej prowokacji Science w 2013 roku – Beall sugeruje, że pasożytnicze i publikujące każdy bubel są tylko pisma OA. Jest to jednak bzdura – istnieje równie wiele, jeśli nie więcej, pism tradycyjnych, które też publikują co popadnie. Bo muszą – jeśli nie będą publikowały, to przecież padną. I wcale nie jest powiedziane, że bycie pismem z subskrypcją chroni je przed tego rodzaju korupcją. Chroniłoby może, gdyby subskrypcje były indywidualne, ale jak powiedziałem, taki np. Elsevier obchodzi ten problem sprzedając je w pakietach. Główna różnica polegać będzie na tym, że autorzy w tym przypadku opublikują bubel za darmo (ale i też zrzekną się, paradoksalnie, praw autorskich do tego bubla!).
Rzeczywiście cała sytuacja jest pogłębiana przez filozofię publish or perish. Trudno o nią jednak winić samych wydawców – jak i, moim zdaniem, mylnym podejściem są próby zwalania wszystkiego na Journal Impact Factor Thomsona Reutersa. Bo błędne stosowanie tej metryki przez badaczy, recenzentów i grantodawców nie jest przecież winą pism (które się nią promują), ani firmy TR (do której produkt należy). I mogę zaręczyć, że gdyby naukowyc nie pytali ciągle o to, jaki JIF ma dane pismo, to wydawcy z miejsca przestali by ten wskaźnik promować.
Rozwiązaniem, które proponują niektórzy badacze podchodzący do publikowania rewolucyjnie, byłoby publikowanie wszystkiego w formie preprintów i zdanie się na post-publication. Pomysł jest bardzo idealistyczny, ale biorąc pod uwagę to, że obecnie do PubMedu rocznie dodawane jest ponad milion publikacji, a wielu badaczy już teraz ma problemy po pierwsze z nadążaniem za literaturą, a po drugie z odsiewaniem ziarna od plew, rola wydawców – i przez proxy pism – wydaje się być jednak nie do przecenienia (chociaż prawdą jest, że być może moglibyśmy za nie płacić mniej).
Jestem pewien, że coś (mnóstwo) pominąłem, ale naprawdę nie sądzę, aby do tematu dało się podejść porządnie w jednym poście – a tym bardziej w jednym komciu.
Dysklejmer: autor komentarza pracuje w firmie Springer Nature, krwiopijcy i pasożycie, jako redaktor pisma Genome Biology. Z racji faktu, że pismo jest OA, nie czerpie jednak żadnych korzyści osobistych (chociaż bardzo by chciał). Wszystkie opinie są moje własne.
Gdański magistrat nie lubi faktów

Gdański magistrat nie lubi faktów

Pasożyty i drapieżcy

Pasożyty i drapieżcy