Kompromis się udał

Kompromis się udał

Jestem zachwycony skalą manifestacji, jakie dziś zaszły w ramach #czarnegoprotestu. Daje to nadzieję na pozytywne zmiany w Polsce. Widać, że zwolennicy ustawy Ordo Juris przeszli do defensywy. Musimy jednak o czymś pamiętać.

Ustawa antyaborcyjna zostanie zaostrzona

Oczywiście projekt Ordo Juris zostanie odrzucony. Zamiast niego PiS zaproponuje kompromis. Będzie to nowy kompromis. Z jednej strony radykalne żądania prawa do przerwania ciąży kończącej się urodzeniem bezmózgiego płoda. Z drugiej strony radykalne żądanie umierania za płody w sytuacji zagrożenia życia matki.

Na szczęście PiS znajdzie złoty środek: nie będziecie musiały tak często umierać na szpitalnym łóżku, bo lekarz odmówił leczenia z powodu płodu. Choć i tak czasami umierać będziecie, niejeden lekarz odmówi, bo nie będzie miał sumienia was leczyć, już to już robią od jakiegoś czasu.

No ale będziecie musiały rodzić dzieci bez głowy. Albo dzieci swoich gwałcicieli.

Coś za coś.

Aborcję eugeniczną na pewno trzeba będzie zdelegalizować.

Ta strategia już raz zadziałała

Ćwierć wieku temu Polska wydawała się normalnym krajem. Owszem, wyszła niedawno z komuny, ale wszyscy wierzyli, że kraj czekają szybkie przemiany, które zbliżą go w większości obszarów do zachodnich demokracji. Będziemy się bogacić i cywilizować. Staniemy się nowocześni. Będziemy wreszcie wolni od ideologicznego dyktatu.

Jakże to było naiwne.

Wkrótce po wyzwoleniu spod dyktatury komunistów nowa złowroga siła zapragnęła przejąć pełną kontrolę nad tym co się dzieje w kraju – Kościół katolicki i złączeni z nim fundamentalni i/lub oportunistyczni politycy.

Krajowi, w którym prawo do przerywania ciąży, także jak to się dzisiaj nazywa na życzenie, było popierane przez większość społeczeństwa, narzucono skrajnie restrykcyjną ustawę, która poza nielicznymi wyjątkami nie pozwalała dłużej usuwać ciąży.

Opór był wielki, jak opisuje to Tygodnik Przegląd:

Restrykcyjną ustawę antyaborcyjną uchwalono 7 stycznia 1993 r. Jej przeciwnicy zareagowali natychmiast. Wokół aborcji trwała jeszcze ostra dyskusja, która dzieliła społeczeństwo, stąd pomysł odwołania się do mechanizmów demokratycznych. Nie żądano nawet zalegalizowania aborcji, ale referendum w tej sprawie. Proponowano, żeby rozstrzygnąć spór metodą powszechnego głosowania. Wynik miał pokazać, jakie jest zdanie obywateli, i jednocześnie zobowiązać ustawodawców do respektowania podjętej w ten sposób decyzji.
Ruch na rzecz referendum przyciągał zarówno polityków, jak i wielu ludzi niezajmujących się na co dzień sprawami publicznymi. W całym kraju spontanicznie powstawały komitety, które zbierały podpisy pod petycją do Sejmu. Ich działacze utworzyli Stowarzyszenie na rzecz Praw i Wolności. Liderką ruchu była posłanka Barbara Labuda, a wśród członków stowarzyszenia znaleźli się Marek Balicki, Henryka Bochniarz, Zbigniew Bujak, Włodzimierz Cimoszewicz, Krystyna Kofta, Zofia Kuratowska, Olga Lipińska, Barbara Stanosz, Piotr Szulkin, Stanisław Tym, Danuta Waniek i wielu innych. W ankiecie dla kandydatów na posłów i senatorów drugiej kadencji za referendum wypowiadali się m.in. Ryszard Bugaj i Władysław Frasyniuk.
Sejm zlekceważył 1,7 mln podpisów pod żądaniem referendum. Obywatelskiego wniosku nawet nie rozpatrzono. Powoli odwracali się od ruchu politycy. W końcu odeszła także Barbara Labuda. Osoba, która w roku 1993 organizowała ruch „obrony przed ideologizacją prawa” i pomocy „ofiarom fanatyzmu religijnego”, kilka lat później, jak się wyraziła, „opuściła okopy antyklerykalizmu”. „Ideologizacja prawa” nie była widać aż tak ważna jak zadania czekające w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego, choćby słynna akcja opieki nad dziećmi przechodzącymi przez ulicę w drodze do szkoły.
Chociaż ruch społeczny się rozpadł, w latach 90. można było jeszcze mieć nadzieję, że demokratyczna zasada reprezentacji wciąż działa i ktoś zechce skorzystać z poparcia przeciwników restrykcyjnej ustawy. Politycy SLD schylili się po te głosy. W 1993 r. wśród haseł wyborczych Sojuszu pojawił się postulat liberalizacji ustawy antyaborcyjnej. Po wygranej sprawa powróciła do Sejmu i 30 sierpnia 1996 r. ustawę złagodzono. Już pół roku później Trybunał Konstytucyjny stwierdził niezgodność liberalizacji z małą konstytucją, przy votum separatum trzech sędziów. 18 grudnia 1997 r. TK pod przewodnictwem Andrzeja Zolla ogłosił orzeczenie o utracie mocy obowiązującej ustawy z 30 sierpnia 1996 r. Tym razem w sprawie aborcji zdecydowano nie tylko z pominięciem zdania obywateli, ale i decyzji Sejmu.

Opór był wielki, ale nic nie dał. Warto o tym pamiętać teraz, gdy zachwycamy się obecnymi manifestacjami. One też prawdopodobnie nic nie dadzą. Nie dlatego, że historia lubi się powtarzać, ale dlatego, że jak zobaczymy, sytuacja jest znacznie bardziej beznadziejna, a społeczeństwo znacznie bardziej zdemoralizowane.

Powtórzmy to raz jeszcze, w latach 90 Polska była jak cały cywilizowany świat, dziś jest wyspą antyaborcyjnej patologii na oceanie złożonym z krajów, w których to kobiety, nie kilkucentymetrowe zarodki, traktuje się jak ludzi:

Stan prawny aborcji na świecie: Niebieski - legalna na życzenie, zielony - legalna w przypadku zagrożenia życia, zdrowia fizycznego lub psychicznego matki, gwałtu, wad płodu lub trudności socjoekonomicznych. Inne kraje, w tym Polska, to dzicz, w którym kobieta jest ubezwłasnowolnionym pojemnikiem na płód. Grafika: NuclearVacuum, na licencji CC BY-SA 3.0.

Stan prawny aborcji na świecie: Niebieski - legalna na życzenie, zielony - legalna w przypadku zagrożenia życia, zdrowia fizycznego lub psychicznego matki, gwałtu, wad płodu lub trudności socjoekonomicznych. Inne kraje, w tym Polska, to dzicz, w którym kobieta jest ubezwłasnowolnionym pojemnikiem na płód. Grafika: NuclearVacuum, na licencji CC BY-SA 3.0.

Kraje z podobnym do polskiego prawem to islamskie teokracje Bliskiego Wschodu, jak i upadłe państwa Afryki, lub te rządzone przez chrześcijańskich lub islamskich fanatyków. To Irlandia, do niedawna rządzona przez Kościół katolicki, który jeszcze w XX wieku trzymał tam niewolnice, zmuszając je do pracy przymusowej, a także dziecięcych niewolników seksualnych, tysiącami wykorzystywanych do zabaw erotycznych przez rzesze irlandzkich, zupełnie bezkarnych księży.

Takie kraje są cywilizacją życia o której bredził polski papież, niewątpliwie duchowy ojciec patologicznego antyaborcyjnego prawa.

Życzenie

Cywilizacją życia jest też Polska, kraj, w którym większość ludzi jest przeciwko aborcji na życzenie. Nawet tych, którzy sprzeciwiają się prawu proponowanemu przez Ordo Juris, nazywając je barbarzyństwem.

Ci sami ludzie nie widzą najwyraźniej, że z prawa do aborcji płodu z gwałtu wynika prawo do aborcji na życzenie. Bo to po prostu jest prawo do aborcji na życzenie – kobiety, która nie życzy sobie robić za inkubator potomstwa swojego oprawcy.

Z prawa do aborcji płodu bez mózgu wynika prawo do aborcji na życzenie - kobiety, która nie chce donosić takiego płodu do końca ciąży i przeżywać koszmaru rodzenia tworu skazanego na rychłą śmierć.

Prawo do aborcji w sytuacji zagrożenia życia matki jest prawem do aborcji na życzenie – kobiety, która nie chce się poświęcać dla płodu.

Czemu tak trudno zrozumieć życzenie kobiety, która nie chce rodzić z innych powodów?

Bo ojciec zarodka, który w sobie nosi, nie nadaje się na ojca dziecka, które będzie rodzić, jeśli nie przerwie ciąży?

Bo nie chce w wieku 18 lat zostać matką, która nie będzie miała środków i możliwości wychować dziecko?

Bo nie chce porzucić wszystkich marzeń o swoim życiu już teraz?

Bo nie stać jej na kolejne dziecko?

Bo boi się porodu i nie jest nań gotowa?

Bo ojciec zarodka ją zostawił, wiedząc, że w tym nienawidzącym kobiet kraju nie będzie nawet musiał płacić alimentów?

Bo zwyczajnie nie planowała tej ciąży i nie chce być matką dziecka z przypadku?

Życzenie, to nazwa dla cudzego dramatu. Bo choć chciana aborcja dramatem zwykle nie jest, to co do niej prowadzi często dramatem jest. Ludzie piszący, że trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów, piszący to w kontekście aborcji, mówią: trzeba karać te, które już mają nielekko, a narzędziem kary czynić niechciane dzieci, które tylko po to są powoływane do życia, by być udręką swoich matek.

Udany kompromis

Kompromis z lat 90 się udał. Bo to był kompromis między pragnieniami a możliwościami kleru i reszty środowisk fundamentalnych. Chciały one całkowitej delegalizacji aborcji - to jasne i wynika z nienawistnej ideologii napędzającej chrześcijańskich fundamentalistów, tych w sutannach i tych bez. Wiadomo jednak było, że całkowita delegalizacja może być trudna. Nawet te symboliczne resztki legalnej aborcji, jakie ostatecznie pozostawiono, nie uciszyły wtedy wszystkich protestów. Widzieliśmy, że zebrano ponad milion podpisów pod propozycją referendum.

Na szczęście dla kleru nie musiały. Ważne, że udało się przepchnąć praktycznie całkowity zakaz. Samą aborcję, zabieg najzwyklejszy w świecie, robiony przez kobiety wszędzie, po penalizacji udało się mocno stygmatyzować. Stała się w przeważającej większości przypadków zjawiskiem pokątnym, otoczonym nimbem czegoś niewłaściwego, skrajnie wstydliwego i pożałowania godnego. Przestępstwem.

W końcu to mordowanie dzieci nienarodzonych. Na początku było to śmieszne okreslenie - ma ono tyle sensu, co nazywanie kondoma narzędziem mordu dzieci niepoczętych – ale stopniowo zostało zinternalizowane przez prawie wszystkich, aż nagle nazywanie rzeczy po imieniu - zarodków zarodkami, płodów płodami, zygot zygotami – stało się objawem skrajnego, oszalałego feminazizmu.

Ale w rzeczywistości to Polacy, obojga płci, powoli pogrążyli się w prolajfowym szaleństwie. Polska stała się wyspą żółtej antykobiecej choroby na niebieskim oceanie krajów, które kobiety traktują jak ludzi, a zarodki jak zarodki.

Plan się udał. Ludzie oswoili sie z prawie zupełnym brakiem dostępu do legalnej aborcji. Przyjęli, że jest to coś oczywistego. Znieczulił ich pozorny dostęp w niektórych przypadkach, gdy brak możliwości przerwania ciąży budziłby nadal opór, na przykład przy gwałcie (to przecież stwarza ryzyko, że mężczyzna wychowywałby nie swojego potomka).

Choć i ten ograniczony dostęp powoli odbierano. Najpierw nieformalnie - naciskami, atmosferą. Potem pojawili się lekarze z sumieniem. Potem to sumienie zostało wpisane do kodeksów. I nagle okazało się, że już nawet ciąży z gwałtu czy z bezmózgowiem łatwo się legalnie nie da usunąć, bo lekarze nie mają sumienia.

Agata Lamczak dowiedziała się trochę ponad dziesięć lat temu, że lekarz może nie mieć sumienia leczyć pacjentki. I umarła, tak po prostu. I nikt nie słyszał jak płakała po niej matka i narzeczony - zagłuszyło ich bezgłośne kwilenie mordowanych zygot, o którym już ponad dekadę trajkotali prolajfowcy. I nikogo nie ukarano za jej śmierć - nie była płodem.

Była tylko kobietą.

Dziś, ćwierć wieku później, Kościół – ta nieskończenie cierpliwa organizacja mężczyzn nienawidzących kobiet – przechodzi do kolejnego etapu. Bo na tym polegał prawdziwy kompromis - na odwleczeniu ostatecznego rozwiązania kwestii kobiecej w czasie.

I czemu nie miałby tego robić?

Społeczeństwo przyzwyczajone do braku dostępu do aborcji, ogłupione dekadami zarodkowej propagandy, gotowe jest na kolejny krok, na delegalizację aborcji zupełnie, ewentualnie okrojenie wyjątków, przy których aborcja jest dopuszczalna.

Nawet dziennikarki Wyborczej, rzekomo wspierając protesty, bez żenady podpisują się pod istniejącym kompromisem. Tak jakby nie było logiczną konsekwencją kompromisu i wartości, które legły u jego podstaw, dalsze zaostrzanie ustawy antyaborcyjnej.

Nie szkodzi, jeśli projekt Ordo Juris nie przejdzie. Po to mamy PiS, który musi spłacić kościelne długi, a dług polskiej prawicy jest u Kościoła nieskończony i do końca spłacony nigdy być nie może, by przeszedł nowy, lepszy kompromis. Kolejny plasterek odkrojony z kobiecej godności. I nawet wiele kobiet temu przyklaśnie – bo dzieci nienarodzone, bo uśmiechnięte dzieci z zespołem Downa, bo kurwy które nie myślą o konsekwencjach i chciałyby się skrobać bez opamiętania.

Bo nauczono je nienawidzić kobiet tak samo, jak nauczono tego mężczyzn.

Tak więc nawet gdyby trzeba było użyć pisowskiego nowego kompromisu, który wkrótce zapewne ujrzymy jako projekt ustawy, to to co się odwlecze, nie uciecze.


UPDATE 6.10.2016: poseł Pawłowicz potwierdza, że taki jest plan, jaki i że PiS jest jedynie wykonawcą poleceń Episkopatu:


Gdy juz społeczeństwo przyzwyczai się do dzieci z gwałtów, to praw acefalusów, przepraszam, jak to ujął pisowski poseł, osób bez mózgu, do przymusu rodzenia ciężko upośledzonych dzieci, przyjdzie czas na finał. Może zajmie to kolejnych dwadzieścia lat, ale prędzej czy później żaden kompromis nie będzie potrzebny.

Aborcję się po prostu zdelegalizuje do reszty a wy będziecie umierać od powikłań ciąży pozamacicznej. Rodzić acefalusy. Rodzić zaśniady. Rodzić dzieci swoich gwałcicieli.

I będziecie to kochać. I będziecie to wspierać. Tak jak już wspieracie dręczenie tych, co to się chcą skrobać na życzenie. Bo jeszcze tego nie wiecie, ale wy też, teraz, chcecie się skrobać na życzenie. Ale biskupi wam to uświadomią. Jeśli nie w tym roku, to za dziesięć lub dwadzieścia lat.

I ten plan się uda, bo już teraz wiele z was, także tych dzielnie idących w ramach #czarnegoprotestu, daje zgodę na swoje upodlenie w ramach obecnego kompromisu. Tak głęboko i tak mocno wtłoczone wam to upodlenie do głów, że już go nie zauważacie i traktujecie jak powietrze - jako coś oczywistego i przeźroczystego.

Kompromis się udał. W końcu tak wiele z was broni go, a wydaje wam się, że bronicie praw kobiet.

Historia twojego życia

Historia twojego życia

Dziecko specyficznie poczęte i inne przykre historie

Dziecko specyficznie poczęte i inne przykre historie