Historia twojego życia

Historia twojego życia

Zaczęło się od intrygujących trailerów:

 
 

I

(część wolna od spojlerów)

Trailery wyglądały dla mnie wystarczająco ciekawie, bym sprawdził o co chodzi. Okazało się, że pono dość ceniony reżyser (Labirynt, Pogorzelisko) postanowił zekranizować opowiadanie SF Teda Chianga Historia twojego życia.

Chiang jest jednym z najbardziej utalentowanych pisarzy hard SF, to jest tej formy literatury, która dość poważnie traktuje science w science fiction. Nie jest to najbardziej popularna literatura, mimo że pod wieloma względami to jest najciekawsza literatura w ogóle - żadna inna nie mierzy się z tak doniosłymi ideami.

Przyznaję się, że przeczytałem opowiadanie Chianga dopiero dowiedziawszy się, że ma być zekranizowane (tak się składa, że do tej pory raczej czytałem o tym autorze, niż czytałem go).

Opowiadanie okazało się bardzo fajną, pomysłową historią, traktującą właśnie o wielkiej idei: co by było, gdybyśmy postrzegali pewien aspekt świata w fundamentalnie odmienny sposób, tak, że nasze koncepcje historii, wyboru czy konieczności musiałyby ulec radykalnej odmianie?

Do pewnego stopnia film próbuje odpowiedzieć na te same pytania, ale reżyser jest wystarczająco inteligentny by wiedzieć, że nie da się w medium, w którym pracuje, zrobić tego w ten sam sposób, co w literaturze. To, co w książce jest bardziej nagą ideą per se, tutaj musi być ubrane w obrazy i dźwięki, rezonujące z widzem przez sensorium, którym je odbiera, i empatię do postaci obserwowanych na ekranie, za pomocą której próbuje te postacie i ich działania zrozumieć.

Sądzę, że w znacznej mierze udało się przekazać to, co było do przekazania. Film atakuje zmysły pięknymi zdjęciami, intensywnymi barwami oraz intrygującą, miejscami skrajnie niepokojącą, a miejscami ewokującą odczucie dziejącego się cudu Kontaktu, muzyką.

Bo to, poza wszystkim, inteligentny film o Kontakcie właśnie, z tradycji nazwijmy to raczej lemowsko-kubrickowskiej niż emmerichowskiej czy star-trekowej. Odwołania do Kubricka są wyraźne. Jeśli kształt samych statków (i jednego innego obiektu obcych, który pojawia się w filmie) nie są dostatecznie jasnym nawiązaniem, to towarzysząca niektórym scenom z nimi muzyka – chóralny śpiew wyraźnie wzorowany na Requiem Ligetiego – usuwa wszelką wątpliwość w jakim kierunku patrzył Denis Villeneuve, gdy szukał wzorca dla swojego filmu.

Czy jest to film równie udany co Odyseja Kosmiczna 2001? Nie sądzę. Choć Villeneuve unika klisz i kiczu, od których nie byli w stanie uciec bracia Nolan, gdy jakiś czas temu porwali się na własną próbę robienia kinowego hard sf w Interstellar, to jednak także chwilami ma problem z umiejętnym scaleniem zaawansowanych idei z filmowym językiem.

Jak wspomniałem emocjonalny i moralny rdzeń opowiadania dość skutecznie został przełożony na filmowy język, ale opowiadanie było prawdziwym sf z pogłębionym wątkiem istotnych różnic pomiędzy tym jak myślą obcy i ludzie. Te różnice znajdują z kolei odbicie w głębokich różnicach pomiędzy językami kontaktujących się gatunków. Język jest też pomostem, który częściowo zaciera przepaść między ludzkimi i obcymi umysłami.

Duża część opowiadania opisuje mozolne przebijanie bariery komunikacyjnej. Film robi to samo – ale tylko z najbardziej początkowymi etapami komunikacji. Po czym nagle pozwala sobie na dwuminutowy info-dump, robiony w postaci wykładu jednego z bohaterów prowadzonego zza kadru, który w jasny i szybki sposób zdradza podstawowe cechy języka obcych, odkryte przez główną bohaterkę. Bądźmy szczerzy, taka forma podania tych informacji jest pewnego rodzaju artystyczną kapitulacją reżysera, nawet jeśli dość dobrze spełnia swoją funkcję.

Nie niszczy ona filmu, co więcej, uważam, że jest lepsza niż na przykład zupełne wycięcie tych wątków, czyni też fabułę zrozumiałą i bez sztucznych tajemnic, które są plagą współczesnego kina sf, zwykłe dziury fabularne podającą za intencjonalną niejednoznaczność (o was mówię Interstellary i Prometeusze).

Kubrick w 2001 nigdzie sobie na nic takiego nie pozwolił, nie ma tam ani jawnej ekspozycji, ani dziur w scenariuszu robiących za pełnoprawny element fabuły, zamiast tego zostawił w najabrdziej krytycznych miejscach swej narracji przestrzeń dwuznaczności i swobody interpretacji. Uważam, że z punktu widzenia czystej sztuki filmowej było to lepszym wyjściem.

Tak czy siak, Nowy początek (tak, taki jest polski tytuł Arrival) pozostaje jednym z najbardziej stylowych, trzymających w napięciu (nawet jeśli zna się opowiadanie, a zapewne jeszcze bardziej, jeśli nie) i inteligentnych filmów. Tak ciekawej, względnie wysokobudżetowej produkcji nie mieliśmy od lat, może dekad.

Tak więc idźcie do kina. A jeśli film się wam spodoba, sięgnijcie po opowiadanie – jest nawet ciekawsze.

A propos. Tych z was, co czytali opowiadanie i są zainteresowani na ile zmieniono pewne rzeczy w stosunku do oryginału, zapraszam do drugiej, spojlerowej części tej notki.

 
 

II

(same spoilery)

Zakładam, że są ze mną teraz ci, co albo czytali opowiadanie, albo spojlery im nie straszne. Będę rozważał kwestię stricte związaną z tym, co i na ile z oryginalnego opowiadania Chianga zostało przerobione na właściwy film.

Po pierwsze: zaskakująco wiele. Film jest naprawdę wierny fabularnie opowiadaniu, kopiuje nawet jego dwutorową narrację, choć chyba skuteczniej ukrywa przez większość swego trwania relację czasową między dwoma głównymi wątkami fabuły: gdy bohaterka odkodowuje język obcych, oraz gdy jest świadkiem życia swojej córki.

W istocie, z odsłonięcia tej relacji film czyni chyba najistotniejszy zwrot fabualrny, swoisty oooohhhh moment, gdy widz pojmuje nagle, że do tej pory rozumiał wszystko źle. Sądzę, że jest to nieźle przeprowadzone.

Dwie rzeczy różnią film od opowiadania. Po pierwsze obcy są w filmie bardziej aktywni. Intencją kontaktu jest przekazanie ludziom języka heptapodów. To co w opowiadaniu jest niejako skutkiem ubocznym, że niektórzy ludzie zaczynają odczuwać rzeczywistość tak jak heptapody, w filmie jest celem kontaktu samych obcych. 

Sądzę, że wizja z opowiadania, w której heptapody po prostu obserwują, przy okazji wciągając w to niektórych ludzi, jest mimo wszystko bardziej estetyczna, a także spójna z wizją metafizyczną opowiadania.

Ale rozumiem też, że twórcy filmu już i tak stanęli przed niemałym wyzwaniem próbując ukazać Kontakt jako coś innego niż napierdalankę na lasery i bomby, idea, że nie służy on niczemu innemu, niż obserwacji była najwyraźniej zbyt trudna do przekazania.

Druga różnica dotyczy mechanizmu. Opowiadanie nie wchodzi w głębokie detale, ale łączy dwa wątki: językowy, z ideą, że użycie konkretnego języka modyfikuje działania mózgów; oraz fizykalny. Sednem wynikającym z zespolenia tych wątków jest, że obcy doświadczają czasu inaczej niż ludzie, będąc świadomym wszystkich swoich wspomnień z przyszłości i przeszłości.

Tym co jest interesujące w opowiadaniu, to idea, że nawet znając swoją przyszłość możemy podejmować wybory – o poddaniu się temu, co ma się stać. Że możemy zachować poczucie wolnej woli w deterministycznym wszechświecie, gdyż wolna wola ma niewiele wspólnego z determinizmem.

Chiang nie jest jedynym autorem bawiącym się tą ideą, ostatnio nawet lepiej wyzyskał ją Greg Egan w trylogii Orthogonal. W skrócie: wolna wola jest bardziej związana z subiektywnym odczuwaniem informacji i możliwości jej pozyskania, niż determinizmem rozumianym jako następstwo przyczynowo-skutkowe. Nawet deterministyczny wszechświat może być zamieszkany przez wolne istoty. U Egana są to obcy zamieszkujący inny wszechświat, u Chianga są to obcy i niektórzy ludzie zamieszkujący nasz wszechświat, ale inaczej subiektywnie go doświadczający.

Film nie próbuje się zapuszczać w tak głębokie rozważania. Jest to o tyle dobre, że nie sądzę, by sobie na serio mógł z nimi poradzić. Jeśli widzę jakiś problem z potraktowaniem fizyki w filmie, to z faktem, że bohaterka robi aktywne użycie z wiedzy o przyszłości. Inaczej niż w opowiadaniu wychodzi z roli świadka, roli heptapodów. Nie tylko inaczej doświadcza świata, ale też inaczej w nim działa.

A wtedy balansuje niebezpiecznie na granicy absurdu paradoksów podróży w czasie. I wcale nie jestem pewny, czy w pełni ich unika, choć na pewno dość skutecznie skrywa to, że być może troszkę w nie popada.

Spłyceni

Spłyceni

Kompromis się udał

Kompromis się udał