Flukeman

Flukeman

Archiwum X wraca do telewizji po czternastu latach przerwy.

2jsfax6.jpg

To oczywiście okaże się jutro, jak już obejrzę nowy odcinek. Tymczasem, myśląc o nadchodzącym seansie, wpadłem w nostalgiczny nastrój. To mnie po pierwsze przygnębiło – że mam już wystarczajaco dużo lat, by wpadać w nostalgiczny nastrój.

Po drugie skłoniło mnie to do nakarmienia nostalgii odświeżeniem sobie jakiegoś odcinka starego Archiwum X. Nie miałem wielkiego problemu z ustaleniem, który odcinek wybiorę.

Archiwum składało się z tak jakby dwóch przeplatających się seriali. Jeden z nich był wielką intrygą, rozłożoną na dziewięć serii i obejmującą kosmiczną inwazję i rządowy spisek, zmierzający do ukrycia tejże inwazji przed niczego nie podejrzewającym społeczeństwem. Zwany on jest mitologią Archiwum X

Drugi był serialem w konwencji monster of the week, składającym się z odcinków stanowiących zamkniętą całość. W takich odcinkach nasi ulubieni agenci zajmowali się rozwiązaniem jednej sprawy, o paranormalnym zazwyczaj charakterze. Wiele z tych odcinków całkiem dosłownie poświęconych było spotkaniom z różnymi monstrami.

Dziś, gdy seriale przyzwyczaiły nas do długich, rozbudowanych fabuł, wypełnionych pogłębionymi postaciami i intrygą powoli rozwijająca się na przestrzeni kolejnych odcinków, może się wydawać, że to właśnie ta mitologiczna część Archiwum X była w nim najlepsza.

Ale choć faktycznie ten aspekt serialu dostarczył tła, na którym postacie Muldera i Scully nabrały kolorów i emocjonalnej głębi, to sama intryga w pewnym momencie, pod własnym ciężarem, zapadła się w otchłań nonsensu.

Z kolei spotkania z potworem tygodnia, choć wiele z nich jest umiarkowanej jakości, po latach bronią się jako wcale pokaźna kolekcja doskonałych telewizyjnych mini-horrorów, mini-thrillerów i mini-komedii (z horrorem w tle).

Odcinek, który obejrzałem przed napisaniem tej notki, jest właśnie przykładem mini-horroru. Zatytułowany Host, wyemitowany został jako drugi epizod drugiej serii.

IMG_1193.jpg

Stanowi świetną ilustrację tego, że ograniczenia są paliwem dla kreatywności. Mając mikroskopijny w porównaniu do dzisiejszych seriali budżet, twórcy Archiwum X zmuszeni byli sięgać po inne środki wywołania w widzach fascynacji i strachu.

W zasadzie nie były one szczególnie wyrafinowane i przełomowe. Stanowiły tradycyjne środki horroru przez lata – pokazać jak najmniej, straszyć atmosferą klaustrofobii, czającego się w mroku zagrożenia, ukazywać ludzi obserwowanych przez coś. Zostawiać pole dla wyobraźni.

Tak więc gdy na początku Host widzimy młodego rosyjskiego marynarza, który po awarii instalacji sanitarnej zostaje wysłany sprawdzić zbiornik na nieczystości, nie jesteśmy zaskoczeni tym, że go coś atakuje, a jedynie dokładnym momentem, gdy coś rzuca się na niego i wciąga do wnętrza zbiornika z nieczystościami.

Ta metoda, nie ukazywania zagrożenia, a jedynie sygnalizowania, czy to przez niewyraźne kształty, czy to przez wrzaski i miotanie się wciąganych pod wodę ofiar, jest oczywiście niebywale skuteczna. Rzadko kiedy obrazy stworzone przez speców od efektów mogą się równać z koszmarami podsuwanymi nam przez wyobraźnię.

Piękno Host polega na tym, że to co odcinek zdecyduje się nam ostatecznie pokazać, prawdopodobnie dorównuje wyobraźni większości z widzów.

Archiwum X, zupełnie słusznie, ma opinię telewizyjnego dziecka new age. W większości odcinków to nadnaturalne i paranormalne okazuje się być siłą napędową zjawisk, z którymi konfrontują się agenci.

A jednak chłodny, racjonalny umysł Scully nie jest wrzucony do serialu po to, by ponosić porażki. Jej wkład właściwie zawsze jest pozytywny. Równoważy ona często bezkrytycznego Muldera, łatwo ulegającego emocjom. Nawet w świecie ufo i demonów chłodny osąd rzeczywistości okazuje się kluczowy. Przypuszczam, że przynajmniej częściowo odpowiadało to za fakt, że Archiwum trafiało do tak szerokiej grupy widzów.

Takoż i w Host Scully pierwsza wpada na trop rozwiązania zagadki, znajdując w ciele marynarza robaka z grupy płazińców. Nawiasem mówiąc sekcje zwłok, przeprowadzane i relacjonowane beznamiętnym głosem Scully, stanowiły jeden z atrakcyjniejszych (dla mnie) aspektów serialu. 

Ernst Haeckel

Ernst Haeckel

Oczywiście ostateczne wyjaśnienie okazuje się być bardziej tajemnicze niż prozaiczne tasiemce czy przywry – zabójca zidentyfikowany zostaje jako hybryda płazińca i człowieka, zrodzona w radioaktywnych ściekach statku, którego używano do przewożenia materiałów zebranych w obszarach dotknięty katastrofą w Czernobylu.

Serio – czy to nie zajebisty pomysł? Lęk, czy może raczej odruchowa odraza, przed pasożytami wydaje się być jednym z pierwotnych odczuć. Idea, że w ciemnościach może kryć się monstrum będące jednocześnie wielką przywrą i kalkulującym, humanoidalnym zabójcą była genialna (nawet jeśli stojąca za nią biologia była idiotyzmem na poziomie biologii Prometeusza Ridleya Scotta).

Flukemen, jak zaczęła go nazywać fanowska społeczność (dosłownie Człowiek Przywra), to jedne z najlepszych monstrów jakie widziałem kiedykolwiek w jakimkolwiek filmie czy serialu. Odcisnął mi się w pamięci na lata.

Pod wieloma względami Host stanowi destylat Archiwum X. Mamy trochę powierzchownej, niezbyt sensownej nauki, odrobinę quasi-filozoficznej refleksji Muldera, zastanawiającego się nad tym ile nowych gatunków powstaje w czasie, gdy inne giną w wyniku ekspansji człowieka, wreszcie mnóstwo pierwotnej grozy. Wszystko to z osobna byłoby pewno takie sobie, ale w serialu Cartera scalało się w atmosferyczną i emocjonującą całość.

Mam nadzieję, że chociaż trochę tej atmosfery uda się odtworzyć w sześcioodcinkowym wznowieniu serii.

Jestem na Twitterze i Facebooku.

The 100

The 100

Gdański magistrat nie lubi faktów

Gdański magistrat nie lubi faktów