Pasożyty i drapieżcy

Pasożyty i drapieżcy

Możecie o tym nie wiedzieć, ale świat nauki trapiony jest szeregiem chorób, które zaatakowały niemal samo serce naukowego postępu: mechanizm publikacji i oceny wyników badań.

W złotych czasach wyglądało to tak, że uczeni uzyskiwali wyniki, następnie pisali pracę, którą wysyłali do jakiegoś pisma, gdzie redakcja wysyłała ją do niezależnych recenzentów wykonujących kluczowy dla krytycznej ewaluacji uzyskanych wyników peer-review. Jeśli recenzenci uznali, że praca jest dobrze wykonana i przedstawia wartościowe wyniki, redakcja ją publikowała (o ile oczywiście redaktorzy pisma uznali, że jest na tyle wartościowa, by w danym piśmie ją puścić). Opublikowaną pracę czytelnik mógł zdobyć albo kupując pismo, albo idąc do biblioteki, która je prenumeruje.

Oczywiście ten opis powyżej jest uproszczony, niemniej daje pojęcie jak to (powinno) wyglądać.

Później w świat wydawnictw naukowych tryumfalnie wkroczył kapitalizm, który odkrył, że publikowanie wiedzy naukowej to doskonały interes i okazja do intensywnej, a łatwej monetyzacji. Rozpoczął się proces centralizacji, gdy poszczególne tytuły wykupywane były przez wielkie wydawnictwa takie jak Elsevier czy Nature Publishing Group.

Już za jedyne 130 złotych możesz legalnie przeczytać aż jeden artykuł w Nature.

Już za jedyne 130 złotych możesz legalnie przeczytać aż jeden artykuł w Nature.

Utworzywszy armady tytułów, wydawcy zaczęli zwiększać koszt dostępu do pism i artykułów, zarówno ten, który musiały ponosić biblioteki uniwersyteckie, jak i ten, który ponoszą jednostkowi czytelnicy.

Wzrost kosztów dostępu do wiedzy naukowej publikowanej przez te wydawnictwa skłonił publicystę Guardiana Georga Monbiota do napisania, że wydanictwa naukowe sprawiają, że Rupert Murdoch (kontrowersyjny magnat medialny) wygląda przy nich jak socjalista (tłumaczenie moje):

Być może odpycha cię polityka opłat wprowadzona przez Murdocha, która żąda od ciebie jednego funta za dobowy dostęp do Times czy Sunday Times. Ale w tym czasie możesz pobrać i czytać tyle artykułów, ile ci się podoba. Przeczytanie pojedynczego artykułu w jednym z pism Elseviera będzie cię kosztować 31,5 dolarów. Springer żąda 34,95 funtów, Wiley-Blackwell 42 dolarów. Za dziesięć artykułów płacisz 10 razy więcej. (...)
Oczywiście możesz się udać do biblioteki (jeśli jeszcze istnieje). Ale w nie także uderzyły kosmiczne stawki za dostęp. Średni roczny koszt dostępu do pisma chemicznego to 3792 dolary. Subskrypcja niektórych kosztuje 10000 dolarów rocznie. Najdroższy jaki znalazłem, Biochimica et Biophysica Acta wydawane przez Elsevier kosztują 20930 dolarów rocznie. Choć akademickie biblioteki gwałtownie ograniczają subskrypcje by związać koniec z końcem, to i tak pochłaniają one 65% ich rocznych budżetów, zmuszając do ograniczenia zakupów książek. (...)

Murdoch płaci swoim dziennikarzom i edytorom, a jego firma wytwarza większość używanej treści. Tymczasem wydawcy akademiccy otrzymują swoje artykuły, peer-review (ewaluację przez innych badaczy), a nawet sporo pracy edycyjnej zupełnie za darmo. Treści, które publikują, były zamówione i opłacone nie przez nich, tylko przez nas, przez rządowe granty i akademickie stypendia. Ale by je zobaczyć, musimy zapłacić raz jeszcze...

Co ważniejsze, uczelnie są zmuszone kupować ich produkt. Artykuły akademickie są publikowane w jednym miejscu i muszą być czytane przez uczonych, którzy chcą nadążyć za swoją dziedziną. (...) W wielu przypadkach wydawcy zmuszają biblioteki do kupowania całych pakietów pism, niezależnie czy chcą je wszystkie, czy nie. (...)

Wydawcy twierdzą, że muszą pobierać tak wysokie opłaty ze względu na koszty produkcji i dystrybucji... Ale analiza wykonana przez Deutsche Bank prowadzi do odmiennych konkluzji: "Uważamy, że wydawcy dodają względnie niewiele do wartości w procesie wydawniczym... gdyby proces faktycznie był tak złożonym, kosztowny i wzbogacającym wartość, niemożliwym byłoby utrzymanie marży na poziomie 40%." (...)

To co tu widzimy to przykład czystego kapitalizmu monopolizującego publiczne dobra, za czym podąża żądanie absurdalnych opłat za prawo do korzystania z tych dóbr. Inną nazwą dla tego jest ekonomiczne pasożytnictwo.

W skrócie: wydawcy dostają za darmo kreatywną pracę uczonych i recenzentów, po czym każą sobie płacić nieprawdopodobne ilości pieniędzy za dostęp do efektów tej pracy, choć sami mają wkład w publikacje mikroskopijny.

Typowe wydawnictwo akademickie

Typowe wydawnictwo akademickie

Lekarstwem na chorobę wywoływaną przez wydawnicze tasiemce i pijawki miał być nowy model wydawniczy zwany otwartym dostępem (Open Access, OA). Publikacje wydane w ramach OA są dostępne za darmo dla wszystkich zainteresowanych (zwykle są publikowane na jednej ze standardowych licencji Creative Commons). W istocie istnieje kilka odmian OA, nad którymi nie będę się tu rozwodził. OA, choć odnotował pewne niemałe sukcesy, odnotował też co najmniej dwie wielkie porażki.

O pierwszej wspomina Monbiot w cytowanym wyżej artykule. Mimo oczekiwań, że konkurencja ze strony OA wyeliminuje pasożytniczych wydawców, albo chociaż obniży koszty ponoszone przez biblioteki, nic na to nie wskazuje. Elsevier ma zyski na takim samym poziomie, co przed proliferacją pism wydawanych w modelu OA.

Nietrudno wskazać przyczyny takiego stanu rzeczy. Jak wspominałem wcześniej, pasożytniczy wydawcy spędzali lata nad centralizacją rynku wydawniczego. Tak więc mimo pojawienia się pism OA biblioteki nadal nie mogą sobie pozwolić na rezygnację z subskrypcji  pism wydawanych przez wydawców pasożytniczych, bo odcięłoby to uczonych z ich uczelni od dostępu do niezbędnej literatury.

Zwraca się uwagę, że jedynym wyjściem byłoby odgórne, na poziomie regulacji państwowych, wymuszenie rezygnacji z publikowania w takich wydawnictwach. Choć w niektórych krajach powoli wprowadza się reguły wymuszające na przykład publikowanie wyników badań fundowanych z publicznych środków w ogólnodostępnych repozytoriach, proces ten jest powolny.

Jest też podatny na specyficzne wynaturzenia, drugą z dwóch głównych wspomnianych porażek modelu OA. Wynaturzeniu temu sprzyja model kariery naukowej jaki wykształcił się w drugiej połowie XX wieku i uległ tylko intensyfikacji w nowym millenium.

Model ten podsumowuje się krótką frazą: publish or perish (publikuj albo zgiń). Właściwie cała kariera naukowa, to jest możliwość zatrudnienia, awansu, uzyskiwania kolejnych tytułów naukowych, wreszcie pozyskania środków na badania, jest wprost zależna od liczby i jakości publikacji. Gdzie przez jakość w praktyce rozumie się zwykle impact factor pisma, w którym opublikowano daną pracę naukową.

Ów model pracy naukowej karmi wydawców pasożytniczych: wciąż większość pism o największym impact factorze jest w rękach tychże wydawców. Uczeni publikują tam, bo prace naukowe publikowane w tych pismach dają im gwarancje grantów i zatrudnienia; biblioteki muszą subskrybować, bo tam się publikuje wiele kluczowych prac, do których dostępu pragną uczeni.

Wszelako karmi tez inny rodzaj wydawców, który nazywa się wydawcami drapieżnymi (predatory publishers).

Drapieżny wydawca z rozetką pism gotowych na przyjęcie publikacji z dowolnej dziedziny

Drapieżny wydawca z rozetką pism gotowych na przyjęcie publikacji z dowolnej dziedziny

Mechanizm jest względnie prosty: ponieważ publikacje są absolutnym fundamentem kariery naukowej, pojawiło się zapotrzebowanie na łatwe publikowanie. Wiele pism wydających w modelu Open Access pobiera od autorów opłaty za możliwość publikacji (tak, to uczeni płacą za to, że ktoś wyda efekty ich kreatywnej pracy). Model jest teoretycznie przejrzysty: zwalniając czytelników z opłat, wydawca musi skądś mieć pieniądze na opłacenie procesu wydawniczego. Więc przerzuca je na naukowca (a w praktyce na instytucję finansująca jego badania, w koszt których wliczane są teraz koszty publikacji). W zamian wyniki jego badań są ogólnodostępne dla wszystkich.

Przypuszczam, że już domyślacie się, co mogło pójść źle. Skoro uczeni potrzebują publikacji, zaś istnieje model, w którym de facto płaci się za publikację, szybko pojawił się nowy gatunek wydawców, takich, którzy zapewniają łatwą publikację za pieniądze.

W skrócie polega to na tym, że przy pozorach normalnego procesu wydawniczego OA, wydawca publikuje wszystko co przyślą mu naukowcy chętni zapłacić za publikację. Co z kolei skłania takich wydawców do aktywnego poszukiwania uczonych chętnych płacić za publikacje.

To sytuacja wygrana dla obu stron: wydawca dostaje kasę, uczony dostaje publikację, tak potrzebną w karierze każdego współczesnego naukowca. Wielu uczonych korzystających z możliwości publikowania u takich wydawców być może nie zdaje sobie nawet sprawy, gdzie publikują. Ostatecznie nikt się szczególnie nie martwi tym, że mu przyjęto pracę do publikacji.

Ofiarą są czytelnicy, a więc sama społeczność naukowa. Prace nie przechodzą porządnego peer review (lub zgoła nie przechodzą żadnego), czy adekwatnej obróbki edycyjnej. Wydawcy drapieżni to w pewnym sensie kulminacja patologii jakie wyprodukował współczesny model nauki, czyli ujęcia sukcesu naukowego w prostej do obliczenia metryce, opartej na liczbie publikacji i ich impact factorze.

W tym miejscu musze zaznaczyć: nie jest tak, że każde pismo OA, w którym płaci się za publikację, jest przykładem drapieżnych działań. Jest wiele porządnych pism, które uczciwie prowadzą proces wydawniczy, nawet jeśli płaci za niego publikujący uczony.

Jeffrey Beall, profesor bibliotekoznawstwa z Uniwersytetu Kolorado Denver, prowadzi bloga poświęconego drapieżnym wydawnictwom. Co roku publikuje statystyki wydawniczego drapieżnictwa naukowego. Takoż w tym roku, jak widać wzrost liczby wydawnictw drapieżnych jest szokujący: 

Jeśli klikniecie na powyżej podany link, zobaczycie tez inne statystyki, na przykład pism, które są drapieżne i nie przynależą do żadnego znanego drapieżnego wydawnictwa.

Polecam wam poczytać blog Bealla, niektóre przykłady drapieżnych wydawców są naprawdę zdumiewające. Chyba najbardziej patologicznym jest OMICS, któremu poświęcone są liczne wpisy. Gdy Beall zaczął pisać o OMICS, otrzymał pełen gróźb i oskarżeń list. Szef OMICS groził mu między innymi pozwem o odszkodowanie w wysokości... miliarda dolarów. Co nie powinno nas dziwić, za możliwość publikacji w niektórych swoich pismach OMICS życzy sobie kwot w wysokości trzech tysięcy dolarów.

Ale za to wszystko można tam opublikować, włącznie z czystą pseudonauką.

OMICS kreatywnie rozwija swoją ofertę. W pewnym momencie zaoferowało możliwość płacenia za publikację w pismach, do których dostęp jest płatny. Innymi słowy połączyło wszystko co najlepsze w świecie wydawnictw pasożytniczych i drapieżnych. Uczony kupuje możliwość publikacji pracy, za którą potem muszą ponownie zapłacić czytelnicy, którzy chcieliby ją przeczytać.

Czasami uczeni wycofują pracę nim zostanie opublikowana, bo na przykład w czasie, gdy była w recenzji, otrzymali nowe wyniki, wymagające wprowadzenia głębokich zmian lub zgoła napisanie publikacji od nowa. Innowacyjny OMICS wprowadził w niektórych swoich pismach opłaty za możliwość wycofania publikacji, która się nawet nie zdążyła ukazać.

Ale czekajcie, jest tego więcej. Niczym mięsożerna roślina rozsiewająca wabiące owady wonie, grupa OMICS rozsyła ogromną ilość spamu, którym zachęca potencjalne ofiary do publikacji w swoich pismach (piszę ofiary, bo zakładam, że większość publikujących w tych szmatławych wydawnictwach nie zawsze zdaje sobie sprawę, gdzie publikuje). By maile wyglądały przekonująco, potrafi się podszywać pod prominentnych uczonych pracujących w danych dziedzinach, którzy rzekomo piszą w imieniu pism grupy OMICS jako ich edytorzy.

W ostatnich latach pojawił się nowy podgatunek: drapieżne konferencje, czyli konferencje naukowe organizowane tylko dla zysku, reklamowane nachalnym spamem rozsyłanym tysiącom uczonych na całym świecie. Takie konferencje często mają nazwy zbliżone do uznanych konferencji, co zapewne jest strategią obliczoną na oszukanie nieuważnych uczonych. Oczywiście wśród organizatorów takowych znajduje się grupa OMICS.

 

 

Tak wygląda, w uproszczeniu i zarysie, ekosystem wyrosły wokół publikacji naukowych. Obraz nauki jaki wyłania się z powyższego może być niepokojący, ale oczywiście wciąż większość poważnych naukowców publikuje w poważnych (nawet jeśli zarazem zwykle pasożytniczych) pismach. Niemniej narastające problemy, z jednej strony w postaci nienasyconych wydawców pasożytniczych, z drugiej w postaci nienasyconych wydawnictw drapieżnych, skłaniają niektórych do poszukiwania trzeciej drogi, obok typowego Open Access czy tradycyjnego procesu wydawniczego opartego na subskrypcji.

Pojawiają się pomysły, by stworzyć ogólnoświatową, publiczną, finansowaną na przykład przez biblioteki, bazę danych i repozytorium, w którym prace umieszczano by za darmo, za darmo dawano by do nich dostęp, zaś peer review byłby procesem nadzorowanym przez niezależne ciało i/lub prowadzonym przez społeczność po publikacji pracy.

To, czy gdziekolwiek te pomysły doprowadzą, to oczywiście inna historia.

Możecie mnie znaleźć na Facebooku i Twitterze.

Pasożyty i drapieżcy: komentarz

Pasożyty i drapieżcy: komentarz

Dobry katolicki chłopak

Dobry katolicki chłopak