Dobry katolicki chłopak

Dobry katolicki chłopak

Kinowe filmy dziejące się w Marvel Cinematic Universe (MCU) są przeładowane dość tandetnym i nachalnym humorem. Seriale, przynajmniej te Netflixa, zupełnie nie. Takoż, gdy jakieś humorystyczne akcenty się od czasu do czasu w nich pokazują, są naprawdę śmieszne w nieżenujący sposób:

Lantom: How you holding up?
Matt: Like a good Catholic boy.
Lantom: That bad, huh?

Dodajmy, że Lantom w tym dialogu to katolicki ksiądz, zaś Matt to oczywiście Matt Murdock, tytułowy bohater netfliksowego Daredevila, który jest katolickim chłopcem, choć przez większość serialu raczej nieprzekonanym co do swojego dobra. Ta wymiana zdań w tekście może się nie wydawać szczególnie zabawna, ale zatopiona w egzystencjalnie naładowanym dialogu, którego jest częścią, który z kolei osadzony jest w ponurej, pełnej przemocy, zagrożenia i tyleż zewnętrznego, co wewnętrznego konfliktu narracji, działa całkiem nieźle jako kilkusekundowy przerywnik wpuszczający promyk ironicznego humoru.

Obejrzałem Daredevila, gdyż po tym jak podzieliłem się na blogu swoim zachwytem nad Jessicą Jones, dostałem sporo komentarzy sprowadzających się do "musisz obejrzeć Daredevila!".

Ponieważ Netfliks właśnie wszedł oficjalnie do Polski, założyłem sobie konto i obejrzałem Daredevila jak katolicki Bóg przykazał w księdze Powtórzonego Sequela – w jednej, długiej sesji binge-watchingu, przerwanej jedynie na jedzenie, czynności fizjologiczne i sześciogodzinny sen (między piątą a jedenastą rano).

matt.jpg

Fota powyżej ukazuje głównego bohatera po jednej z licznych ulicznych walk. Jak widać, zostawiają one nader namacalne piętno. To kolejna rzecz, która zachwyca mnie w tych netfliksowych serialach, owa stylistyczna przepaść między nimi, a pełnym skrajnie odrealnionego CGI i papierowych bohaterów kinowym starszym rodzeństwem w rodzaju Avengersów czy Thora (przy czym ja lubię Thora!).

Seriale są namacalne, pełne postaci z krwi i kości, przy całej fantazyjności ich semi-superbohaterskich działań.

Pewnym paradoksem jest, że przecie niskobudżetowy w porównaniu do kinowych produkcji, Daredevil zawiera jedną z najlepszych scen walk jakie w ogóle gdziekolwiek widziałem. Trwa ponad pięć minut – bez choćby jednego cięcia. Poniżej jedynie trzyminutowy fragment, zobaczcie jak pięknie pracuje kamera, wędrując po korytarzu, na którym rozgrywa się bijatyka:

Jeśli chcecie zobaczyć całą sekwencję, jest osadzona na końcu tego artykułu w Polygonie. Artykułu traktującego o być może najmocniejszej stronie Daredevila, czyli postaci złego, mafijnego bossa Wilsona Fiska.

W komiksach Fisk jest raczej znany jako Kingpin, ale tutaj to jeszcze nie Kingpin. Netfliksowy Daredevil to nie jedna, ale dwie, lustrzane origin stories. Dobrego i złego.

Fisk grany przez Vincenta D'Onofrio jest w mojej opinii najlepszym czarnym charakterem z komiksowych adaptacji, nie licząc pamiętnej kreacji Heatha Ledgera jako Jokera. Nie jest tak wyrazisty i psychotyczny jak Joker, ale tak jak inni bohaterowie netfliksowych serii, jest namacalny, momentami wręcz niepokojąco.

Jak trafnie ujął jeden z recenzentów, mamy tu do czynienia nie z jakimś arcyzłoczyńcą szukającym kosmicznego artefaktu, tylko z zainteresowanym gentryfikacją przedsiębiorcą, którego w osiąganiu celów po prostu nie ogranicza coś tak nieistotnego jak prawo. A że ma on swój własny bagaż trudnej przeszłości, czasami manifestującej się jako erupcje niebywałej agresji i przemocy, składa się to na nader intrygujący obraz.

Jessica Jones była chwalona za przemycenie intensywnie feministycznej krytyki społecznej. Jej przeciwnik stanowił swoisty destylat uprzywilejowanych, przekonanych o swoich prawach, przemocowych mężczyzn, traktującego kobiety jak swoją własność.

Daredevil nie jest tak intencjonalnie krytyczny, ale umiejętnie unika głupawych, seksistowskich klisz. Jednym ze środków do tegoż jest postać Fisk. W pracy, że tak powiem bezlitosnego i pragmatycznego, w życiu osobistym, którego narodziny też obserwujemy, obdarzającego autentyczną miłością i szacunkiem.

To jest coś, na co zwrócili uwagę także autorzy z Polygon, z artykułu do którego linkowałem wcześniej. Fisk nie traktuje, jak stereotypowy wyrafinowany zły, kobiet jako estetycznych dodatków, wyłączonych z rozgrywek o władzę. On liczy się z opinią swojej partnerki. Gdy uznaje, że dla jej bezpieczeństwa musi ją odesłać za granicę, a ona na to się nie zgadza, on to po prostu akceptuje, bez uciekania się do bulszitu, że sytuacja wymaga poświęceń, czy nie wiadomo czego.

Przytaczam te sceny, lekko spojlerując, bo dobrze ukazują inteligentnie pisanie seriali Netfliksa. Życie rodzinne Fiska to coś, co ucieka od najoczywistszych, mimowolnie seksistowskich tropów, z których jak z prefabrykatów korzysta większość filmów czy seriali. To czyni serial nie tylko miłą odmianą w kategoriach, nazwijmy to, ukrytego ideolo, ale przede wszystkim służy budowaniu oryginalnych, pogłębionych i przekonujących postaci.

Jest  jeszcze jeden aspekt realizmu Daredevila, na który chciałem w tej notce zwrócić uwagę. Walczy on ze światkiem przestępczym o etnicznie bogatym charakterze. Składa się nań, obok samego Fiska, rosyjska, japońska i chińska mafia. I bohaterowie, którzy przynależą do tych mafii, szczególnie gdy są ze sobą, mówią po swojemu.

Zaskoczył mnie serial, który nie udaje, że członkowie rosyjskiej mafii rozmawiają ze sobą po angielsku, a rosyjskiego używają tylko jako stylistycznego akcesorium. W Daredevilu są całe fragmenty, gdy rozmowy toczą się w ojczystym języku postaci, było to, przynajmniej dla mnie, miło odświeżające.

Nie jestem pewny jaką oryginalną i błyskotliwą myślą zakończyć tę notkę, więc po prostu napiszę, że Daredevil był jednym z przyjemniejszych i lepiej zrobionych seriali, jakie w ogóle kiedykolwiek widziałem. A ponieważ to już drugi taki serial Netfliksa dziejący się w MCU, szczerze nie mogę się doczekać kolejnych planowanych.

Pasożyty i drapieżcy

Pasożyty i drapieżcy

Destrukcja najcenniejszego dziedzictwa Polski

Destrukcja najcenniejszego dziedzictwa Polski