Trzy seriale

Trzy seriale

W 2015 zdarzyło mi się obejrzeć trzy seriale, które mnie naprawdę pozytywnie zaskoczyły. Pewnie wielu z was widziało przynajmniej niektóre z nich, ale też pewnie wielu z was nie widziało żadnego – akurat seriali dzisiaj dostatek i nie sposób śledzić wszystkiego. Poniższy przegląd jest skrajnie subiektywny, chyba nie muszę o tym przypominać?

 

Sense8

O Sense8 było głośno na długo przed emisją. Pierwszy serial rodzeństwa Wachowskich, do tego współtworzony z inną legendą SF Michaelem Straczynskim (od Babylon 5). Z jednej strony karmiło to oczekiwania (także moje, chociaż nieszczególnie lubiłem Babylon 5, zaś jedynym filmem Wachowskich, który naprawdę lubię, jest Cloud Atlas), z drugiej budziło obawy (nie wszyscy lubili Cloud Atlas, mówiąc oględnie).

Gdy wreszcie zasiadłem do pierwszego odcinka, okazał się koszmarem. Wydawał mi się wymęczony, przegadany i chaotyczny. Drugi tak samo. Właściwie nie wiem czemu trwałem w oglądaniu, ale dopiero koło 3 odcinka historia zaczęła mi się naprawdę podobać, a jeszcze bardziej bohaterowie.

Otóż główny pomysł fabularny Sense8 jest taki (uwaga, małe spojlery), że na Ziemi, obok zwykłych ludzi, wyalienowanych i zamkniętych w swoich ksobnych umysłach, żyją sensaci, odrębny gatunek (podgatunek?) ludzki, którego członkowie zorganizowani są w ośmioosobowe klastry współdzielące częściowo swoje umysły. W praktyce przedstawia się to tak, że sensaci zdolni są do zaawansowanych form telepatii: mogą odczuwać to co inni członkowie ich klastru, jak i na swój sposób pożyczać ciała.

Przydaje się, gdy na przykład któryś sensat nieszczególnie sprawny w bijatyce musi się tłuc i pomagają mu w tym inni, którzy robią to znacznie lepiej. Jeśli chodzi o walki, to widać, że to dzieło Wachowskich, przy czym używam tego jako komplementu:

W serialu bardzo podobała mi się też różnorodność bohaterów pod względem etnicznym, płciowym i seksualnym. Na poły szydliwie (w pewnych kręgach), na poły z podziwem (w innych kręgach, zgadnijcie jakich), serial nazwano spełnieniem marzeń Tumblra.

Zdecydowanie należę do tych, którym ta intencjonalna różnorodność odpowiada, już choćby dlatego, że jest pretekstem do rozgrywania fabuły w różnorodnych lokacjach. Serial nie dzieje się tylko w USA, jak większość produkcji. W istocie większość akcji ma miejsce gdzie indziej, wszak tylko dwójka sensatów, którzy są bohaterami, żyje w krainie wolności.

Wszelako ta różnorodność nie jest tokenowa. Ludzie tu nie są transgenderową hacktywistką, homoseksualnym aktorem, czy kobietą biznesmenem (a nocami kickbokserką). Są hacktywistką, aktorem, kickbokserką oraz przy okazji innymi rzeczami. Innymi słowy, Sense8 nie wrzuca bohaterów odbiegających od zużytej normy dla samej sztuki społecznej sprawiedliwości, on ich po prostu nie wymazuje bo tak, jak robi to niepotrzebnie i bez uzasadnienia większość innych produkcji.

W tej niemałej beczce miodu jest jednak tez kilka łyżek dziegciu. Jako SF Sense8 w ogóle się nie sprawdza, cały ten koncept sensatów jest na tyle soft, że należy serial po prostu traktować jako fiction, do tego nie do końca spójną (patrz wyjaśnienia ewolucyjnej historii i relacji do zwykłych Homo sapiens). Tak więc zasadza się na fajnej, bardzo efektownej koncepcji, która jednak nie jest pozbawiona napięć i nielogiczności. W ogóle chciałbym by trochę bardziej i rozsądniej wyeksploatowano wątek empatii i jej granic, oraz skutków jakie ma silnie rozwinięta empatia (a ma nie tylko pozytywne).

Niestety pod tym względem Sense8 przypomina inne dzieło Wachowskich, czyli Matrixa. Świetna idea, ale gorzej wprowadzona w życie. Powiedziałbym, że Wachowscy dowiedli Cloud Atlas, że potrafią ekranizować naprawdę dzikie pomysły, ale obiektywnie rzecz biorąc szeroka publiczność odebrała ten film dość sceptycznie. Więc może to nieuniknione, że ich dzieła będą bogate w idee, ale nie do końca umiejętnie wdrażane?

Serial cierpi też z powodu korzystania z nużącej już mnie maniery prowadzenia fabuły w taki sposób, że jest ona pełna intencjonalnych, ale słabo uzasadnionych niejasności. Są to zamierzone jak rozumiem luki – it's not a bug, it's a feature – mamy się domyślać co znaczą pewne rzeczy, tudzież trwać w nadziei, że kolejne sezony przyniosą rozwiązanie. Jak powiedziałem, trochę mnie już to nuży, czy nie da się w inny sposób podtrzymać zainteresowania widza, nie zarzucając go niezrozumiałymi zdarzeniami i oczekując, że będzie trwał kolejne miesiące liczącą na to, że może, może!, niektóre z tych rzeczy okażą się mieć sens?

Tak czy siak, Sense8 było nader miłym doświadczeniem, nawet jeśli niepozbawionym wad. To jego ośmioro bohaterów stanowi największą siłę. To chyba pierwsza seria, w której naprawdę polubiłem wszystkich głównych bohaterów i naprawdę obchodziło mnie co się z nimi dzieje.

 

Jessica Jones

Gdy piszę te słowa, jestem dopiero w połowie pierwszej serii, dopiero co wypuszczonej przez Netflixa. Za bohaterkę ma on nader ciekawą postać – prywatną detektyw z supermocami (cudnie grana przez Krysten Ritten). Oraz problemem alkoholowym. Który z kolei wynika z prób zagłuszenia objawów PTSD. Które wzięło się ze starcia z niejakim Kilgrave'em, superłotrem o specyficznej mocy – kontrolowania umysłów innych (cudnie grany przez eks-Doktora Who Davida Tennanta). Kilgrave by przejąć kontrolę musi jedynie powiedzieć ofierze, co chce by zrobiła, a ona wykona wszelkie jego polecenia bez dyskusji, choćby oznaczało to czyjąś lub jej własną krzywdę, czy nawet śmierć.

Jedyny powód dla którego zacząłem oglądać Jessicę Jones był taki, że mój tajmlajn zapełnił się ochami i achami znajomków. Gdy zasiadałem do pierwszego odcinka byłem dość sceptyczny. Avengersi to nie jest mój ulubiony film, a serial miał być przecież o superbohaterce, zastanawiałem się tylko, jak bardzo żenujące będą trykoty i jak oderwana fabuła.

Cóż, po pierwszym odcinek uspokoiłem się, że to nie Avengers dla ubogich, a po drugim moje nastawianie zmieniło się o jakieś 180˚. Jessica zwykle nie jest podobna do innych znanych mi produkcji z Marvel Cinematic Universe (MCU), a w chwilach, gdy faktycznie ukazane jest jej zakorzenienie w tym uniwersum, jest to zrobione bardzo produktywnie.

Co konkretnie mam na myśli? Główne tematy tego serialu są zaskakująco, hmm, życiowe. To seria o walkach z traumą, o uzależnieniach, o toksycznych relacjach (w rozumieniu: pełnych przemocy psychicznej i fizycznej, doprawionej niemałą dawką gwałtu). Do ukazania tych wątków wykorzystuje potężną metaforę złego – człowieka, który może kontrolować innych. Gdy tytułowa bohaterka próbuje wyjaśnić to swojej znajomej, cała drama "omg, co ty mówisz, ludzie panujący nad umysłami innych?" zostaje ucięta krótkim "obcy mogli zaatakować miasto", co oczywiście jest nawiązaniem do wydarzeń z The Avengers. Innymi słowy MCU stanowi tu tło, które dostarcza kontekstu normalizującego całą superbohaterską i nadnaturalną stronę opowieści. Sprawia, że konwencja jest zrozumiała sama przez się i chroni w ten sposób widza od ekspozycji na, cóż, wymuszoną ekspozycję.

Co właściwie aż tak mi się podoba w tym serialu? W zasadzie to, o czym wszyscy piszą: zaskakująco dojrzałe i rozsądne podejście do tak zwanej poważnej problematyki, cyniczna bohaterka, która jak to często bywa z cynikami, jest w rzeczywistości dość pryncypialna. Momenty autentycznego zaskoczenia, jak w chwili, gdy serial ma odwagę aborcję niechcianego płoda z gwałtu przedstawić jako de facto usunięcie guza, który gwałci na nowo z każdym dniem swojego wzrostu (kursywą, bo chociaż to nie cytat, to dość wierna sensowi oryginalnego dialogu parafraza). Serio, znacie inny serial, w którym taka postawa jest manifestacją nie bezdennego nihilizmu, ale elementarnej przyzwoitości i humanitaryzmu? Ja nie.

Warto obejrzeć Jessicę Jones, bo to piękność rzadkiej urody, nie tylko w świecie kina superbohaterskiego, ale w ogóle wśród większości serialów, szczególnie tych traktowanych jako czysta rozrywka (ps: nie sugerujcie się za bardzo trailerem powyżej, niezbyt odpowiada faktycznemu tonowi Jessici).

 

Fortitude

O Fortitude dowiedziałem się z entuzjastycznej recenzji pisarza hard sf Petera Wattsa, którą zamieścił na swoim blogu. Watts chwalił w serialu wiele rzeczy, ale to co szczególnie zwróciło jego uwagę, to unikalny sposób potraktowania nauki i naukowców. Krótko mówiąc, jak na warunki serialowe (zresztą w filmach jest nie lepiej) Fortitude zaskakująco adekwatnie ukazało pracę uczonych. Stawiają hipotezy, które okazują się ślepymi zaułkami, wiedzę czerpią nie z pokładów swojej intuicji i przepastnej pamięci, tylko gorączkowo wyszukiwanej literatury naukowej.

Już samo to skłoniło mnie by do obejrzenia. Ale po kilku pierwszych odcinkach stało się dla mnie jasnym, że to naprawdę unikalny, fenomenalnie zrobiony serial.

Inspiracje są oczywiste. Jeśli zerkniecie do zalinkowane notki Wattsa, to on tam wrzuciła fajny obrazek, który je sumuje. Watek rozsądnie potraktowanej nauki upodabnia trochę do (umiarkowanie udanego) filmu sf sprzed lat Andromeda Strain (tam uczeni, jak się okazało, walczyli z dziwnym niebiałkowym wirusem zawleczonym z kosmosu przez sztucznego satelitę, omg spojlery, przecie i tak nie obejrzycie).

Śnieżne przestrzenie (serial nagrywano w Islandii), wiatr wyjący nocą i wzbudzający atmosferę zbliżającego się, niejasnego zagrożenia – kto oglądał The Thing Carpentera powinien się poczuć znajomo.

Miejscem akcji jest izolowane miasteczko (wzorowano je na Spitsbergenie), zamieszkane przez ludzi zatrudnionych w lokalnym przemyśle, badających przyrodę uczonych i niewielki sektor usługowy. Wszyscy znają wszystkich. Wszyscy mają pracę, więc nie ma przestępczości. Taka zamknięta społeczność na odludziu może się kojarzyć z Przystankiem Alaska. Do czasu, aż pojawi się pierwsza ofiara okrutnego mordu a Przystanek Alaska zacznie przypominać Miasteczko Twin Peaks.

Ale to wszystko są tylko skojarzenia. Na końcu Fortitude odsłania własny, niepowtarzalny charakter. Sednem filmu są emocjonalne perypetie bohaterów, ale tym co wyróżnia Fortitude, to fakt, że zagadkowe tło nie jest tylko dekoracją. Fortitude to psychodrama, ale to także thriller, a potem horror, a potem nawet body horror (lubicie Croneberga?). Wszystko doprawione interesującymi skojarzniemia (aluzjami?) do pewnych globalnych wydarzeń, w których naprawdę uczestniczymy jako, wybaczcie to górnolotne sformułowanie, ludzkość.

Zupełnie w tle zaś manifestuje się potęga, która jest najbardziej niewiarygodną mocą z jaką spotykamy się na tej planecie. Oraz pytania: co w nas odpowiada za nasze czyny? Z czego wynika odpowiedzialność za to co robimy? Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?

Intrygujące? Pretensjonalne? Tak czy siak, mam nadzieję, że was zachęci.

O Sense8 pisałem, że zrealizowany jest w irytującej mnie już manierze niekompletnej fabuły, wątków pojawiających się nie wiadomo skąd i zmierzających donikąd. Pod tym względem Fortitude jest niemal staroświecki. Intryga znajduje rozwiązanie, wszystkie puzzle wchodzą na swoje miejsce, choć zapewniam was, po drodze nie raz nie będziecie mieli pojęcia jak to się skończy i w jakim kierunku zmierza. Puzzle do siebie pasują, to co przedstawia układanka, cóż, zakładam, że nie będziecie się tego spodziewać.

Wszystkie straszliwe rzeczy, jakie dzieją się na ekranie (to nie jest serial, który warto oglądać ku pokrzepieniu serc), rozgrywają się na tle nieludzko pięknej przyrody, której mroźne piękno jest udanie kontrapunktowane nasyconym wokalizami soundtrackiem.

Serial jest tak satysfakcjonujący, zarówno pod względem rozwiązania intrygi jak i emocjonalnej drogi pokonanej przez bohaterów, tych co przeżyli i tych co umarli (nie przyzwyczajajcie się do nikogo za bardzo, bo możecie się rozczarować), że podzielam troskę Wattsa – co będzie tematem drugiego sezonu, którego powstanie już ogłoszono?

Na szczęście nawet jeśli drugi sezon nie będzie udany, pierwszy jest kompletną, zamkniętą całością, wyczerpująca emocjonalnie, z powolnie się posuwającą do przodu akcją, ale kulminująca w satysfakcjonującym i inteligentnym finale.

Możecie polubić fanpage tego bloga na Facebooku lub śledzić mnie na Twitterze.

PS: wczoraj tam właśnie wrzuciłem taką sondę:

Jak widać prawie nikt nie wymienił Fortitude. Nie znają się, albo po prostu nie znają.

Okiem denialisty, czyli przemyślenia krakowskiego przyrodnika

Okiem denialisty, czyli przemyślenia krakowskiego przyrodnika

Patrząc na Plutona

Patrząc na Plutona