Simulacrum demokracji i jego obrońcy

Simulacrum demokracji i jego obrońcy

Miałem problem z precyzyjnym opisaniem wątpliwości wobec wzmożenia pro-demokratycznego wywołanego PiS-em. Dwaj obrońcy tejże demokracji, Mariusz Janicki i Wiesław Władyka, ułatwili mi zadanie pisząc w Polityce:

Do zwycięstwa wystarczyła chwila nieuwagi wyborców, na którą lider PiS tak długo czekał. Gdyby wszyscy ci, którzy już rozczarowali się PiS i prezydentem Dudą, nie zagłosowali na tę partię w październiku – to kluczowe 6–8 proc. luźnego elektoratu, które od lat decyduje o wynikach wyborów, dokładane raz do PO, raz do PiS – Kaczyński nie byłby przy władzy. Dzisiaj wszystkie tłumaczenia, że PiS udawał normalną partię, że Kaczyński się chował, że schował Macierewicza, Ziobrę i innych, że Andrzej Duda wydawał się miły, a Platforma była już nie do zniesienia, brzmią dramatycznie słabo. A jeszcze zewsząd było słychać, aby „już nie straszyć PiS”, bo „to już nie działa”.
Zjawisko zauroczenia, traktowanie tak specyficznej partii jak prawdziwego kontrahenta demokratycznej gry, warto stale analizować. Właśnie w taki sposób, na takiej fali, przy obniżonej czujności, autorytarne ugrupowania dochodzą do władzy. Potem nikt nie wie, jak to się mogło stać.
Ale i dzisiaj, już po odkryciu kart przez Kaczyńskiego, nadal pewne środowiska polityczne, zwłaszcza nowa lewica, najbardziej rozczarowane są tym, że PiS nie rozdaje obiecanych pieniędzy, a nie jego ustrojowymi ekscesami. Można odnieść wrażenie, że młodzi socjaliści za obietnice 500 zł i tanich mieszkań byliby skłonni „opchnąć” choćby Trybunał Konstytucyjny.(...)
Trudno znaleźć jakiekolwiek racjonalne przesłanki mogące przyświecać tym wyborcom centrum, którzy postanowili dać szansę PiS. Prezes Kaczyński ani jednym słowem nie zanegował i nie wycofał się ze swoich koncepcji IV RP sprzed dekady. Program PiS wisiał na stronie internetowej PiS, a tam było wszystko to, co się teraz dzieje i znacznie więcej. Przez wiele miesięcy był też tam dostępny projekt konstytucji PiS, schowany dopiero w ostatnim okresie kampanii wyborczej, co też powinno było dać do myślenia. Także niżej podpisani ostrzegali wielokrotnie i do znudzenia, że PiS chce podporządkować sobie Trybunał Konstytucyjny, media, prokuraturę, służbę cywilną, sądownictwo, służby specjalne, edukację, życie kulturalne, politykę historyczną, że chce naruszyć regułę rozdziału Kościoła od państwa, zlikwidować in vitro, zaostrzyć przepisy aborcyjne, zakwestionować pozycję Polski w Unii Europejskiej, zacząć od nowa sprawę smoleńską. Do tego dojdzie tzw. ustawa antyterrorystyczna, zapewne ograniczająca część swobód obywatelskich, być może oznaczająca też dogłębną inwigilację internetu.

Rozumiem to tak:

  1. wybór PiS-u jest dosłownie pomyłką, a co najmniej skutkiem nieuwagi;
  2. PiS jest summum malum polskiej polityki, obowiązkiem wyborców jest nie dopuścić PiS-u do władzy, wymogiem wobec polityków, jest wyłącznie być nie-PiS-em;
  3. wszyscy wyborcy mają lub powinni mieć takie pojęcie o mechanizmach polityki, jak publicyści Polityki;
  4. mając to pojęcie, wiedzieliby, że demokracja jest wtedy, jak PiS jest daleko od władzy; nie ma demokracji, jak PiS jest u władzy;
  5. jak PiS jest u władzy to robi mnóstwo niedemokratycznych rzeczy, na przykład dyskryminuje LGBT, kobiety, niewierzących.

Jeszcze później jest taki fragment:

Dużym problemem wielu wyborców przed październikową elekcją do parlamentu była niejasność różnicy pomiędzy Platformą a PiS. Nie dostrzegali tego, że Platforma, mimo wielu wad, błędów, wpadek, lenistwa i swojej ogólnej marności, przynależy jednak do innego świata niż PiS. Platforma może była najgorszą partią, ale jednak liberalnej demokracji, a PiS jest może i prymusem, ale wśród formacji, łagodnie rzecz ujmując, nieliberalnych (karierę robi słowo „demokratura”). To są dwie zupełnie różne dyscypliny, oddzielne ligi, tak jakby z piłkarzami grali rugbiści. Jeśli ktoś dziwi się, co takiego jest w tym PiS, że wraz z jego rządami automatycznie pojawiają się potężne awantury i ustrojowe kryzysy, ma odpowiedź: ponieważ PiS jako nieliberalna (w sensie ustrojowym) formacja nagle po zdobyciu władzy zanurza się w otoczeniu liberalno-demokratycznym, polskim i europejskim, a to są dwa obce żywioły, które z zasady nie mogą bezkonfliktowo współistnieć.

Oto co myślę na temat tych, hmm, wynurzeń.

PiS nie jest u władzy przez pomyłkę

To prawda, zdecydowana większość wyborców nie głosowała na partię Kaczyńskiego. Ale połowa wyborców w ogóle nie głosowała na nikogo. Kto ich zdemobilizował, kto ich tak zniechęcił do zabawy w demokrację, że nawet im się nie chciało ruszyć z domu do urn? Kaczyński? Wspominani w niebywale pogardliwym przytyku młodzi socjaliści gotowi przehandlować Trybunał za pięćset złotych? Nie sądzę.

Jeśli PiS doszedł do władzy, to nie przez nieuwagę, tylko przez to, że architekci tej tak teraz czczonej liberalnej demokracji nie byli w stanie do niej przekonać obywateli. Po 25 latach demokratycznych reform Polacy mają demokrację w dupie. Jak zwrócono mi uwagę – nie tylko Polacy. Tak więc jest to jakiś najwyraźniej systemowy problem demokracji, nie nieodpowiedzialna nieuwaga wyborców, którzy przestali zwracać uwagę na istotne różnice między PO i PiS-em.

Nie rozumiem większości potencjalnych wyborców, którzy zostali w domach. Po prostu – nie wiem co siedzi w ich głowach. Cokolwiek to jest, musi sprawiać, że nie widzą żadnego sensu w chodzeniu na wybory. Najwyraźniej nie sądzą, by jakikolwiek ich wybór przy urnie miał jakąkolwiek szansę przełożyć się na pozytywną zmianę w ich życiu. Są pozbawieni poczucia sprawczości, a ktoś bez poczucia sprawczości byłby irracjonalny, gdyby działał, a nie gdy jest pasywny.

Czemu tak jest, jak wspomniałem, nie wiem, ale Janicki i Władyka zapewne też nie wiedzą. Mimo to sugerują, że wyborcy dopuszczając PiS do władzy postąpili nieracjonalnie. Skąd ten pomysł? Władyka i Janicki gorąco zapewniają, że życie nawet tych co przyglądali się biernie też zmieni się za Kaczyńskiego na gorsze. Bo każdemu robi się gorzej po śmierci demokracji liberalnej. Ale czy na pewno? Bo jakkolwiek sam jestem stroskany lekceważeniem sobie roli instytucjonalnego rozdziału władzy (a właściwie przerażony), to trudno mi uniknąć poczucia, że sugerowanie, że każdy Polak straci na demontażu Trybunału, jest lekkim populizmem.

Śmierć demokracji może została ogłoszona przedwcześnie, a może niewcześnie

Zarówno demokracja jak i demokracja liberalna to pojęcia skrajnie nieostre. Jeśli demokrację rozumieć jako rządy większości (a można demokrację tak rozumieć, nawet jeśli odrzuca się taką formę rządów jako pożądaną, jak to na przykład robi autor niniejszego blogaska), to taka demokracja kończy się w momencie, gdy większość przestaje chodzić do urn. Tak, to tak proste – nie trzeba niszczyć TK, fałszować wyborów, robić czegokolwiek, wystarczy zniechęcić ludzi do głosowania i demokracja jako rządy większości zostaje unicestwiona, bo zaczyna wtedy w najlepszym razie rządzić największa mniejszość.

Szczerze mówiąc nie znamy danych, ale nie wiem czy w jakimkolwiek kraju o nie dwupartyjnym podziale władzy zdarza się jeszcze, by rządziła partia, którą poparło ponad 50% mogących głosować. Nie wiem nawet, czy w systemach dwupartyjnych to się zdarza w praktyce.

Co z innymi formami demokracji? Może popperowska demokracja jako możność pozbawiania władzy bez odwoływania się do przemocy? Na razie nic nie wskazuje, by Kaczyński chciał trzymać władzę wbrew woli ludu i zignorować następne wybory. Choć kto wie, czasami sam mam wrażenie, że swoimi działaniami zdradza, że już rozstał się z wizją oddawania władzy, ale potem sobie przypominam, że przecież osobistą cenę za działania Kaczyńskiego i tak zapłacą pan Duda i pani Szydło. Kaczyński nie musi trzymać władzy by nie ponieść konsekwencji za swoje czyny. Oficjalnie nie on rządzi.

Zostaje nam wreszcie wyniesiona na piedestał demokracja liberalna. Dla niezorientowanych – to taka demokracja, w której szanuje się wolność osobistą i prawo do decydowania o sobie, między innymi przez ograniczenie władzy ludu nad prawami jednostek.

Polska taką demokracją była zawsze bardzo ułomną. I nie trochę ułomną, tylko bardzo ułomną. PiS zaostrzy ustawę aborcyjną. W sensie, że co? Że profesor Chazan, który jest bezkarny, będzie bezkarny? W sensie, że lekarz będzie mógł się zasłaniać sumieniem i odmawiać leczenia pacjentki zgodnie z najlepszą wiedzą lekarską, co nawet obecną, skrajnie surową ustawę aborcyjną, czyni wydmuszką zasłaniającą faktyczny całkowity brak dostępu do legalnej aborcji? Nazwijmy rzeczy po imieniu: PiS zapisze w prawie to, co jest już w szpitalnym zwyczaju. W katolickim kraju się nie skrobie i już.

Wolałbym publicystykę, która zamiast straszyć złym Kaczyńskim zwróci tylko uwagę, że Kaczyński żywi się tym co w Polakach już siedzi: fundamentalizmem katolickim, czy nienawiścią do innego, kimkolwiek by nie był.

Zresztą to już obecny Trybunał Konstytucyjny zagwarantował kato-lekarzom wolność sumienia i jego prymat nad zdrowiem i wolą pacjentki. Jeśli krzyczymy o końcu liberalnej demokracji, warto chociaż uczciwie wspomnieć, że niewielki przyczynek w jej zarzynaniu, przynajmniej liberalnej części, miał sam Trybunał.

Ten sam Trybunał uznał, że karanie za obrazę uczuć religijnych jest zgodne z konstytucją. Teraz tak: nie ma nic bardziej antyliberalnego i obnażającego fasadowość rozdziału Kościoła i państwa, niż jawnie średniowieczne przepisy zakazujące bluźnierstwa. Jeśli ostoja porządku prawnego orzeka, że taki przepis jest zgodny z Konstytucją, to znaczy, że nasz porządek prawny jest z gruntu nieliberalny, jest naznaczony prymatem religii, a lamentowanie, że PiS zabija liberalną demokrację, bo znosi rozdział Kościoła i państwa, mija się wtedy z celem.

Cokolwiek robi PiS, nie jest destrukcją porządku liberalnego, bo Polska nadal jest krajem, gdy ją przyrównać do standardów zachodnioeuropejskich, głębokiej nienawiści do wolności obywatelskich. Nie można zniszczyć czegoś, czego nie ma. A że nie ma porządku liberalnego, to nie wina PiS-u, serio.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że PiS może dokręcić śrubę. Ale nawet ziszczenie tej ponurej wizji jest tylko skrajną konsekwencją i rozwinięciem polityki już się dziejącej, doprawionej osobistymi obsesjami i nienawiścią Jarosława Kaczyńskiego. PiS nie jest niekompatybilny z porządkiem polskiej demokracji, jest dzieckiem tej demokracji, czy może polskiego simulacrum demokracji.  Tylko w takim simulacrum prezes Trybunału Konstytucyjnego, niedawno odbierający w nagrodę od Episkopatu jakieś błyskotki, może znienacka wyrosnąć na symbol walki o wolność od opresji katolickiej ideologii, która pono czyha już za rogiem.

PiS buduje prawdziwą wspólnotę doświadczeń

Czujesz się obrzydliwie będąc nazywanym Polakiem gorszego sortu? Witaj w klubie, w którym na co dzień pomieszkują morderczynie dzieci nienarodzonych, roszczeniowi na socjalu, czy wszelkiej maści dewianci zagrażający rodzinie. Serio, tak wyglądała codzienność milionów ludzi w Polsce przed Kaczyńskim.

Gdzie był wtedy Trybunał, który, jak ostatnio czytamy, ma nas bronić? Już widzieliśmy, między innymi troszczył się o lekarzy nienawidzących kobiet i ich jakże dramatycznie zagrożone prawo do bezkarnego nienawidzenia. Albo o prawo fundamentalistów religijnych do prześladowania niewierzących z pomocą całego państwa. Ten sam Trybunał miałby być tarczą przeciwko zapędom katolizacyjnym Kaczyńskiego? Wolne żarty.

Sugerowanie, że teraz wszyscy niewierzący doświadczą nacisku religijnego jest zwyczajnym mydleniem oczu. Demontaż trybunału może dramatycznie źle wpłynąć na funkcjonowanie państwa jako instytucji i jednocześnie mieć śmiesznie mały wpływ na codzienne życie milionów. Roztaczanie fantastycznych wizji o tym jak to przeciętny Polak teraz spotka się z większa niż zwykle dawką odgórnie narzucanego katolicyzmu jest próbą dziwacznego liberalnego populizmu.

Osobliwie brzmią też zapewnienia, że PiS jest niekompatybilny z europejskim wymiarem demokracji. Pytanie – której jej części? Tą tajną, uprawianą przez niedemokratycznie wybraną Komisję Europejską, na przykład w trakcie niejawnych narad nad kształtem TTIP, prowadzonych bez mandatu i nadzoru demokratycznego?

Zastanówmy się nad tym serio: autorytarne zapędy Orbanów i Kaczyńskich, obiektywnie patrząc, są małym zagrożeniem dla demokracji w porównaniu do procedur jakie wykształcają się na styku takich aktorów geopolityki jak ponadpaństwowe organizacje i korporacje. Jeśli Kaczyński zasługuje na 50 tysięcy Polaków na ulicach, to TTIP zasługuje na 5 milionów.

Ale jestem raczej pewny, że obrońcy demokracji nigdy nie wystąpią z takim samym zapałem wobec tak abstrakcyjnych zagrożeń. Tu jednak pojawia się pytanie: jeśli Kaczyński został wybrany przez nieuwagę wyborców, to co dopuściło do władzy Komisję Europejską i inne podmioty zaangażowane w negocjacje TTIP?

Jak w ogóle oceniać powstanie samej EU, która na przykład wyposażona jest w wolny od demokratycznej kontroli bank centralny, ale nie ma żadnego odpowiedzialnego za wszystkich obywateli i demokratycznie kontrolowanego centralnego rządu (do jakiej ruiny to może doprowadzić, widać w Grecji)?

Powinnismy pytać nie o to jak powstrzymać PiS, ale jak zbudować demokratyczną wspólnotę, która daje ludziom poczucie wpływu na ich los poprzez oddawane głosy

OK, powiecie, ale czy ty naprawdę nie widzisz, że PiS niszczy Polskę? Oczywiście, że widzę. I chwilami jestem przerażony, bo instytucjonalny rozdział władz jest fundamentem zdrowej demokracji. Ale nadal nie poddam się narracji, która koniec końców sprowadza się do straszenia PiS-em, wolnym od jakiejkolwiek próby refleksji co dalej, jak przebudować porządek, by zabezpieczyć państwo przed takimi zamachami.

A także, co zrobić, by większość Polaków naprawdę troszczyła się o demokrację liberalną jako taką, by zrozumiała, że nie należy być skurwielami wobec współobywateli. Może jestem skrajnie naiwny, ale w ostatecznym rozrachunku to znacznie większy problem: brak poczucia współodpowiedzialności za los innych w swoim własnym kraju, będący też zapewne związany z brakiem poczucia wpływu na własny los. Dzisiejsza obrona demokracji wydaje mi się czczeniem gładkich hasełek, polskim mesjanizmem w liberalnym przebraniu czasów fejsbuka.

Cieszą mnie dziesiątki tysięcy na ulicach, cieszy mnie wzmożenie publicystów, ale coś takiego powinno już mieć miejsce za czasów PO, czy nawet SLD, gdy nieustanne niedoróbki i zaniedbania w budowaniu liberalnej demokracji były przygotowywaniem gruntu pod PiSowski przewrót.

Gdy zaś czytam, że tych, którzy próbują podjąć taką refleksję, publicyści Polityki nazywają młodymi socjalistami sprzedającymi demokrację za 500 złotych zasiłku, to korci mnie by napisać, że niektórzy "demokraci" gotowi są przehandlować demokrację w zamian za niezawisłość Trybunału Katokonstytucyjnego od woli Jarosława Kaczyńskiego i tylko o to im chodzi – zachowanie pozorów, utrzymujących simulacrum przy życiu.

EDIT: warto przeczytać też ten tekst.

Można mnie lajkowac na Facebooku i śledzić na Twitterze.

Destrukcja najcenniejszego dziedzictwa Polski

Destrukcja najcenniejszego dziedzictwa Polski

Retrospektywa Coulais

Retrospektywa Coulais