"Cytaty o Grecji" albo "euro jako źródło cierpień

"Cytaty o Grecji" albo "euro jako źródło cierpień

Nie byłem pewny, który tytuł dla tego wpisu jest lepszy.

Pierwotnie chciałem zrobić notkę, w której przekonywałbym do wsparcia idei, że być może w greckim kryzysie to Syriza prezentuje stanowisko koniec końców bardziej rozsądne, a nie, jak często się u nas mówi, populistyczne i nieodpowiedzialne.

Ale nie jestem ekonomistą i nie mam zamiaru udawać mądrzejszego niż w rzeczywistości. Więc zamiast przekonywać kogokolwiek do czegokolwiek, postanowiłem zaprezentować jedynie inny punkt widzenia – odwołując się do wypowiedzi mądrzejszych ode mnie. Wszelkie tłumaczenia z angielskiego są moje. Jeśli wydają ci się nieprawidłowe – daj mi znać. Robiłem je na szybko, a wcale nie czuję się dobrym tłumaczem. Bardziej prawdopodobne od tego, że chciałem zmanipulować, jest to, że po prostu byłem w tłumaczeniu niedoskonały.

Znaczna część tego, co się pisze o Grecji, ma postać okrutnego moralizowania

Jest to moralizowanie, bo zamiast odwoływania się do sfery faktów i pragmatycznych rozwiązań ucieka się do powoływania na mniej lub bardziej spójnie artykułowane racje moralne, często korzystające z nie do końca prawdziwych kliszy o leniwych lub złodziejskich Grekach. Jest okrutne, bo nasycone swoistą satysfakcją z wizji wpędzenia całego narodu w nędzę i cierpienie.

Podejście to, szczególnie gdy przedstawiają je zwykli ludzie, jest szokująco szalone i niesprawiedliwe, bo ignoruje, że sytuacja Grecji przynajmniej częściowo wynika z działań tych, którzy są wrogami demokracji i dobrobytu dla wszystkich mieszkańców Europy. Krótko mówiąc, każdy z nas, kto cieszy się z upadku i cierpienia Greków, nieświadomie raduje się potencjalnie własną zgubą.

Dziennikarka Guardiana Zoe Williams wyjaśnia to, nawiązując do niedawnego oświadczenia szefów finansów Eurogrupy:

Jeszcze dziwniejsza jest treść oświadczenia [szefa Eurogrupy]: "Eurogrupa była otwarta do ostatniej chwili na dalsze wspieranie narodu greckiego przez kontynuację programu zorientowanego na wzrost." Rozwiązania wymuszone przez Troikę [instytucje reprezentujące wierzycieli Grecji] doprowadziły do ekonomicznej zapaści podobnej do tej wywołanej przez wojnę. Z bezrobociem na poziomie 25% i bezrobociem młodych sięgającym 50%, 40% dzieci żyje teraz poniżej poziomu ubóstwa. Ostatnia oferta dla Grecji obiecuje więcej tego samego. Idea, że cokolwiek w niej jest zorientowane na wzrost, jest w sposób oczywisty fałszywa. Prezes Eurogrupy, Jeroen Dijsselbloem, zaczął mówić, że czarne jest białe.

To z kolei prowadzi nas do sedna programu Troiki: jaki jest sens w zamienianiu tego kraju w kupę gruzu? Deklaratywną intencją programu oszczędności było przywrócenie porządku: umożliwienie Grecji budowy silniejszej, bardziej zbalansowanej gospodarki w dłuższej perspektywie, za cenę chwilowego spadku PKB. Gdy stało się jasne, że wzrost nie został przywrócony, a nawet biorąc pod uwagę cele tego planu – uczynienie dobra wierzycieli priorytetem – plan zawiódł, wytłumaczenie uległo zmianie. Celem stała się moralna krucjata, kolektywne ukaranie Greków.

(...) Grecy znaleźli się w takiej sytuacji, gdyż byli złymi ludźmi. Chcieli państwa dobrobytu, ale nie chcieli dać swoich środków, by takowe stworzyć. MFW [Międzynarodowy Fundusz Walutowy] stanowił zaledwie instrument dyscypliny, której tak bardzo potrzebowali. To tłumaczenie zdobyło popularność – przedstawia dłużników jako moralnie gorszych od wierzycieli. Zgodę na ustępstwa zaś jako nagrodę za lenistwo i samolubstwo. Taki sposób mówienia wymazuje fakt, że kredyt jest umową dwustronną, że procenty od kredytu  istnieją z powodu ryzyka, że pieniądze mogą zostać utracone, a wierzyciel ma własny moralny obowiązek zaakceptować stratę, gdy ta się pojawi.

W dalszej części swojego artykułu Williams zwraca uwagę, że kryzys grecki obnaża fundamentalne pęknięcie w projekcie europejskiej wspólnoty, które już w 1992 roku trafnie opisał Wynne Godley, kierownik Wydziału Ekonomi Stosowanej w King's College w Cambridge:

Centralną ideą Traktatu z Maastricht jest, że kraje Wspólnoty Europejskiej powinny zmierzać w kierunku gospodarczej i monetarnej unii, z jedną walutą zarządzaną przez niezależny centralny bank. Ale jak ma być zarządzana reszta gospodarki? Ponieważ traktat nie proponuje żadnych nowych instytucji innych niż Bank Europejski, jego zwolennicy muszą przyjmować, że nic więcej nie jest potrzebne. A to mogłoby być prawdą tylko, jeśli gospodarki byłyby samokorygującymi się systemami, które nie potrzebują żadnego zarządzania.

Skłaniam się ku konkluzji, że taki pogląd – gospodarki jako samokontrolujące się organizmy, nigdy w żadnych warunkach niepotrzebujące zarządzania – w istocie zdeterminował sposób, w jaki ukształtowano Traktat z Maastricht. Jest to prostacka i ekstremalna wersja poglądu, który od jakiegoś czasu stanowi konwencjonalną mądrość w Europie (choć nie w USA i Japonii), że rządy są niezdolne, a przeto nawet nie powinny próbować, osiągać jakichkolwiek tradycyjnych celów polityki gospodarczej, takich jak wzrost czy pełne zatrudnienie. Wszystko, co w praktyce da się zrobić, zgodnie z tym punktem widzenia, to kontrolować podaż pieniądza i równoważyć budżet. Potrzeba było grupy bankowców (Komitet Delorsa) by dojść do wniosku, że niezależny bank centralny jest jedyną ponadnarodową instytucją potrzebną do zarządzania zjednoczoną ponadnarodową Europą.

Ale to nie wszystko. Należy podkreślić na samym początku, że powołanie wspólnej waluty we Wspólnocie Europejskiej w istocie przyniesie kres niezależności jej krajom członkowskim, jak i ich władzy podejmowania niezależnych akcji w obliczu poważnych problemów. Jak przekonująco uzasadnił Tim Congdon [brytyjski ekonomista], mozliwość emisji własnego pieniądza czy pozyskiwania pieniędzy z własnego banku centralnego to główne rzeczy definiujące narodową niepodległość. Jeśli państwo oddaje lub traci tę mozliwość, nabywa statusu władzy lokalnej lub kolonii. Władze lokalne i regiony rzecz jasna nie mogą osłabić kursu waluty. Ale tracą także możliwość finansowania deficytu poprzez kreację pieniądza, gdy inne metody pozyskiwania środków podlegają centralnej regulacji. Nie mogą też zmieniać stóp procentowych. Jako że lokalne władze nie posiadają żadnych instrumentów makroekonomicznych, ich polityczne wybory sprowadzają się do względnie mało ważnych zmian rozłożenia akcentów – trochę więcej edukacji tutaj, trochę mniej infrastruktury tam.

Powołując się na wyżej cytowany tekst, Williams stwierdza, że w sytuacji, gdy wreszcie poważny kryzys się objawił, brak demokratycznie legitymizowanych instytucji, które powinny zarządzać nim w Europie jednej waluty, doprowadził do ustalenia de facto skrajnie antydemokratycznego porządku, w którym pełnię władzy uzurpuje jeden kraj – Niemcy –  spontanicznie wybrany podług jedynego liczącego się w tej sytuacji kryterium, czyli bogactwa.

Podsumowując to, co czytaliśmy do tej pory:

  • Grecja jest obecnie obiektem kontrproduktywnego moralizowania, które próbuje umieścić dyskurs w optyce dociekania moralnej winy, co z kolei wymaga wprowadzenia fałszujących rzeczywistą sytuację uproszczeń;
  • niezależnie od tego, co myślimy o rzekomym lenistwie Greków lub ich nieuczciwości, jako członek strefy euro Grecja jest krajem fundamentalnie niesuwerennym i członkiem systemu, w którym intencjonalnie zniszczono możliwość centralnie prowadzonej polityki makroekonomicznej i antykryzysowej na poziomie narodowym;
  • tak zwana pomoc dla Grecji wpędza ją od kilku lat w coraz głębszy kryzys i nędzę, na co są twarde empiryczne dowody.

Grecja jako ofiara

Że kryzys Grecki to przede wszystkim produkt patologii strefy euro, a nie samej polityki greckich rządów, uważa także ekonomista Paul Krugman, który trzy lata temu w tekście dla The New York Times pisał:

Tak, niewątpliwie liczne problemy trapią gospodarkę, politykę i społeczeństwo Grecji. Ale te problemy nie są tym, co wywołało kryzys rozrywający Grecję na kawałki i zagrażający całej Europie.

Nie, źródła katastrofy leżą dalej na północy, w Brukseli, Frankfurcie i Berlinie, gdzie rządzący stworzyli głęboko – być może fundamentalnie – zawodny system monetarny, a następnie pogłębili problemy oferując moralizowanie zamiast analizy. Rozwiązanie kryzysu, o ile w ogóle istnieje, będzie musiało pochodzić z tego samego miejsca.

Krugman przechodzi następnie do krótkiego przeglądu przewin Grecji. To prawda, zauważa, że Grecy niechętnie płacili podatki, ich państwo było skorumpowane, a rządy miały tendencje do nadmiernych wydatków. Jest także prawdą, że grecka produktywność była jakieś 25% poniżej europejskiej średniej. Zarazem jednak podobnie niską produktywnością, w stosunku do amerykańskiej średniej, charakteryzują się niektóre stany, na przykład Missisipi.

Nieprawdą jest, jakoby Grecy byli leniwi. W istocie pracują więcej niż większość Europejczyków, w tym Niemcy. Nie posiadali też rozbudowanego państwa opiekuńczego. Wydatki socjalne, mierzone jako procent PKB, były w Grecji znacząco niższe niż w Szwecji czy właśnie Niemczech.

Według Krugmana winą za kryzys w Grecji należy obarczyć – uwaga – euro. Oto jego wyjaśnienie:

Piętnaście lat temu Grecja nie była rajem, ale nie była też w kryzysie. Bezrobocie było wysokie, ale nie katastrofalne, a państwo radziło sobie na rynkach światowych, zarabiając na eksporcie, turystyce, transporcie i innych źródłach, by mniej lub bardziej płacić za swój import.

Potem Grecja dołączyła do strefy euro i stała się straszliwa rzecz: ludzie uwierzyli, że to bezpieczne miejsce dla inwestycji. Zagraniczny pieniądz popłynął do Grecji wartkim strumieniem, częściowo finansując deficyty rządu, gospodarka rozkwitła, wzrastała inflacja, a Grecja zaczęła być coraz mniej konkurencyjna. Nie ulega wątpliwości, że Grecy roztrwonili znaczną część, jeśli nie wszystkie pieniądze, które do nich napływały, ale po prawdzie robili tak wszyscy, którzy wpadli w bańkę euro.

I wtedy bańka pękła, co uczyniło fundamentalne błędy w euro jaskrawo widocznymi.

Zapytaj sam siebie, dlaczego strefa dolara – znana także jako Stany Zjednoczone Ameryki Północnej – co do zasady działa bez tego rodzaju ostrych regionalnych kryzysów, które teraz prześladują Europę? Odpowiedź na to brzmi, że posiadamy silny centralny rząd, a efekty działania tego rządu prowadzą w konsekwencji do automatycznego ratowania stanów, które znajdą się w kłopocie.

Rozważ dla przykładu, co działoby się teraz z Florydą, w następstwie jej wielkiej bańki na rynku nieruchomości, gdyby ten stan musiał pozyskać pieniądze na wypłatę ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych z własnych, nagle uszczuplonych dochodów. Szczęśliwie dla Florydy to Waszyngton, a nie Tallahasse dba o rachunki, co znaczy w praktyce, że Floryda otrzymuje pomoc na skalę, o jakiej nie może marzyć żaden europejski kraj.

(...) Tak więc Grecja, chociaż nie bez winy, jest w kłopotach głównie z powodu arogancji europejskich urzędników, zasadniczo z bogatszych krajów, którzy sami siebie przekonali, że mogą stworzyć działającą wspólna walutę bez jednego wspólnego rządu. Ci sami urzędnicy pogorszyli sytuację, gdy wbrew dowodom upierają się, że wszystkie problemy waluty [euro] wywołało nieodpowiedzialne zachowanie południowych Europejczyków, i że wszystko byłoby dobrze, gdyby ludzie chcieli jeszcze trochę pocierpieć.

Zauważcie proszę, że diagnoza przyczyn greckiego kryzysu stworzona przez Krugmana post factum jest w zasadzie tożsama z przewidywaniami Godley'a z 1992 roku, wysuniętymi jeszcze przed powstaniem strefy euro.

Podsumujmy to, co przeczytaliśmy do tej pory:

  • strefa euro znosi suwerenność krajów członkowskich i zabiera im możliwość kształtowania polityki makroekonomicznej, zamieniając ich rządy we władze o charakterze lokalnym;
  • by strefa o wspólnej walucie mogła skutecznie walczyć z lokalnymi kryzysami, potrzebuje centralnego rządu kształtującego skuteczną politykę makroekonomiczną i antykryzysową, którego strefa euro nie posiada;
  • strefa euro to rodzaj metapaństwa wypatroszonego z władzy innej niż czysto finansowa, zaprojektowanego tak, by nie móc sobie radzić z lokalnymi kryzysami (za które, niesłusznie, obarczana jest lokalna, niesuwerenna władza).

Euro jako źródło cierpień

Jeśli weźmiemy pod uwagę wszystko powyżej, możemy dojść do wniosku, że kryzys w Grecji jest tylko wyjątkowo jaskrawą manifestacją patologii, która toczy całą wspólnotę europejską, a przynajmniej jej część korzystającą ze wspólnej waluty.

Tak prawdopodobnie jest w istocie. Krugman w artykule cytowanym powyżej argumentował, w jaki sposób włączenie do strefy euro stanowiło zarzewie kryzysu. Wśród szczegółowych mechanizmów wymienił potem wielki napływ zagranicznego kapitału, który pompował bańkę.

Ekonomista i analityk Kash Mansori już w 2011 roku analizował to zjawisko w kontekście Grecji, Irlandii i Hiszpanii. W artykule napisanym dla The New Republic wyjaśniał:

Problem polega na tym, że takie wzmożenia w przepływie kapitału zależą od kaprysów międzynarodowych inwestorów, a co za tym idzie, mają notoryczną tendencję do nagłego wyhamowania, jeśli emocje inwestorów ulegną zmianie. Gdy to następuje, zwykle zaczyna się ostry kryzys finansowy.

Badania przeprowadzone przez Carmen i Vincenta Reinhartów pokazują, że związane z przepływem kapitału "bonanzy" (by użyć ich określenia) znacząco zwiększają ryzyko kryzysów finansowych; w istocie takie epizody regularnie poprzedzają kryzysy związane z zadłużeniem zagranicznym, gdyż w momencie ustania napływu kapitału państwo, które otrzymywało kapitał, jest nagle niezdolne do refinansowania długu, który zakumulowało. Jak przy okazji kryzysu w Meksyku w 1994 roku zauważył Rudi Dornbursch: to nie prędkość zabija, tylko gwałtowne zatrzymanie.

Co istotne, gwałtowne zatrzymanie może mieć miejsce nawet, jeśli państwo podąża za wytycznymi prawidłowej polityki makroekonomicznej. Meksykański i wschodnioazjatyckie kryzysy finansowe lat 90. są tego dobrym przykładem. W przypadku eurostrefy gwałtowny zatrzymanie przepływów kapitału w 2009 roku uderzyło bez różnicy we wszystkie kraje peryferyjne, niezależnie od tego, jak dobrze zarządzały swoimi finansami. Przykładowo Hiszpania i Irlandia były budżetowo bardziej odpowiedzialne w latach boomu gospodarczego niż Francja i Niemcy, a jednak to nie wystarczyło, by je uodpornić na gwałtowny koniec kapitałowej bonanzy. Tak więc nawet gdyby Grecja i Portugalia (które faktycznie dopuściły do ogromnych budżetowych deficytów) stanowiły wzorzec budżetowej roztropności, jest całkiem możliwe, że i tak padłyby ofiarą gwałtownego zatrzymania kapitałowej bonanzy. To dlatego najlepszym prognostykiem tego, które państwa dopadnie kryzys finansowy, były nie deficyty budżetowe, ale raczej rozmiar napływów kapitału, które otrzymywały.

Euro wpływa negatywnie na kraje peryferii europejskiej, zalewane napływem kapitału. W bardziej subtelny sposób mechanizmy eurostrefy pogarszają życie wszystkich zwykłych Europejczyków, nawet tych żyjących i pracujących w bogatym centrum. Dość zjadliwie opisuje to komentator ekonomiczny Guardiana Aditya Chakrabortty:

Weźmy wypowiedź Oscara Lafontaine, niemieckiego ministra finansów, wygłoszoną w przeddzień wprowadzenia euro. Mówił on o "wizji zjednoczonej Europy, osiągniętej dzięki stopniowemu wyrównaniu standardów życia, pogłębieniu demokracji i rozkwitowi prawdziwie europejskiej kultury".

Moglibyśmy cytować setki innych takich strof europoezji, ale ten jeden wers od Lafontaine'a pokazuje, jak bardzo upadł projekt jednej waluty. Zamiast podnosić standardy życia w Europie, unia monetarna je obniża. Zamiast pogłębiać demokrację, podkopuje ją. Jeśli zaś chodzi o "prawdziwie europejską kulturę", to gdy niemieccy dziennikarze oskarżają greckich ministrów o "psychozę", mityczna agora narodów wydaje się dość odległa.

Chakrabortty przechodzi następnie do przytoczenia zaskakujących wyników najnowszych badań ekonomicznych przeprowadzonych przez Heinera Flassbecka i Costasa Lapavitsasa:

W "Przeciwko Troice" Niemiec i Grek pokazują jeden wykres podważający ideę, że euro podnosi standardy życia. To, na co patrzyli, to jednostkowe koszty pracy – jak wiele musisz zapłacić, by stworzyć jednostkę produkcji, powiedzmy gadżet lub trochę oprogramowania. Następnie zmapowali koszty pracy w całej eurostrefie pomiędzy 1999 a 2013 rokiem. Odkryli, że niemieccy robotnicy ledwo widzieli wzrost płac w tym 14-letnim okresie. W krótkim życiu euro niemieccy robotnicy radzili sobie gorzej niż francuscy, austriaccy, włoscy czy wielu na południu Europy.

Tak, mówimy o tych samych Niemczech: najpotężniejszej gospodarce kontynentu, na którą nawet David Cameron patrzy z zazdrością. A jednak ludzie, którzy tam pracują i czynią państwo bogatszym, ledwo widzieli jakąkolwiek nagrodę za swój wysiłek. Stanowi to model dla całego kontynentu. 

Euro, jak tłumaczy Chakrabortty, nie jest samo w sobie przyczyną problemów niemieckiego robotnika. Te wynikają z zastępowania wysoko wyspecjalizowanej i wykwalifikowanej siły roboczej śmieciowymi pracami, a także z erozji roli związków zawodowych. To z kolei jest konsekwencją postępowania biznesu, który przeprowadza outsourcing pracy do krajów biedniejszych i tańszych. 

Euro jest jednak przyczyną, dla której problemy niemieckiego robotnika stają się problemami każdego innego robotnika w eurolandzie:

W poprzednim stuleciu inne kraje eurostrefy mogły czynić się bardziej konkurencyjnymi przez osłabienie swoich narodowych walut, tak jak Wielka Brytania robiła od czasu załamania sektora bankowego. Ale teraz wszystkie są członkami tego samego klubu, a jedynym dostępnym pokryzysowym rozwiązaniem jest płacenie robotnikom mniej.

To dokładnie to, czego Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i MFW domagają się od Grecji: uczyńcie pracowników zbędnymi, tym, którzy zachowają pracę, płaćcie znacznie mniej, obetnijcie emerytury starcom. Ale coś takiego nie ma miejsca tylko w Grecji. Praktycznie każde spotkanie Mądrych Ludzi w Brukseli i Strasburgu kończy się takimi samymi wezwaniami do "reform" rynku pracy i prawa do bezpieczeństwa socjalnego, a więc nieszczególnie zawoalowanymi wezwaniami do ataku na standard życia zwykłych ludzi.

Podsumowując wyżej napisane:

  • kryzysy finansowe występują szczególnie często w krajach, które doświadczyły wcześniej gwałtownego napływu kapitału zagranicznego, niezależnie od ich polityki budżetowej;
  • gwałtowne zatrzymanie napływu kapitału wywołuje kryzys, którego nie ugasi zrównoważona polityka budżetowa;
  • niemiecka gospodarka ulega powolnej erozji wynikłej z globalizacji, a euro natychmiast transmituje jej konsekwencje do wszystkich krajów eurostrefy;
  • wszystko to jest wynikiem świadomych decyzji elit politycznych Europy.

Może sądzisz, że Syriza to greccy populiści, którzy próbują uciec od odpowiedzialności. A co, jeśli to pierwszy od lat europejski rząd próbujący, mniej lub bardziej skutecznie, dotrzymać słusznych postulatów politycznych i zawalczyć nie o biznes outsorsceujący co się da do Indii i domagający się obniżenia swoich obciążeń podatkowych, ale o zwykłych Europejczyków, których życie zmienia się na gorsze w wyniku obecnej polityki?

Niszczenie Syrizy

Paul Krugman uważa, że to wierzyciele chcą doprowadzić do wyjścia Grecji ze strefy Euro:

To powinny być negocjacje na temat planowanej pierwotnej nadwyżki budżetowej, a następnie na temat umorzenia długów, które uchroniłoby od niekończących się przyszłych kryzysów. I grecki rząd zgodził się na coś, co w istocie jest dość wysokimi przewidywaniami nadwyżki, zwłaszcza że budżet charakteryzowałby się wysoką pierwotną nadwyżką, gdyby gospodarka nie tkwiła w takim kryzysie. Ale wierzyciele wciąż odrzucali greckie propozycje, powołując się na to, że zbytnio polegały na zwiększaniu podatków, a niewystarczająco na cięciach wydatków. Czyli wciąż tkwimy w obrębie dyktowania warunków wewnętrznej polityki.

Przyjętym powodem dla odrzucenia propozycji opartej o podatki jest to, że zaszkodzi ona wzrostowi gospodarczemu. Oczywistą odpowiedzią jest: to żarty? Ludzie, którzy całkowicie niezdolni byli dostrzec szkody, jakie wyrządzi polityka oszczędności – spójrz na wykres porównujący projekcje z 2010 z rzeczywistością – pouczają teraz innych na temat wzrostu? Co więcej, problemy ze wzrostem istnieją wyłącznie po stronie podaży, w gospodarce operującej co najmniej 20% poniżej swoich pełnych możliwości.

Zapytaj ludzi z MWF, a zaczną mówić o niemożliwości dogadania się z Syrizą, o znużeniu poszukiwaniem medialnego rozgłosu i tak dalej. Ale nie jesteśmy w szkole średniej. W tej chwili to wierzyciele, znacznie bardziej niż Grecy, zmieniają reguły w trakcie gry. Tak więc co się dzieje? Czy celem jest zniszczenie Syrizy? Czy zmuszenie Grecji do prawdopodobnie katastrofalnego w skutkach bankructwa?

Czas już przestać mówić o "greckim wypadku"; jeśli grexit dojdzie do skutku, będzie tak, gdyż wierzyciele, a przynajmniej MFW, chcieli, by tak się stało.

Tak więc ja sądzę, że Grecja faktycznie zasługuje na solidarność, bo nieodległy może być czas, gdy inni Europejczycy będą patrzeć w jej kierunku w poszukiwaniu drogi wyjścia z tarapatów, ku którym powoli wszyscy zmierzamy.

Uwolnić marihunaen*?

Uwolnić marihunaen*?

Lud traw

Lud traw