Czy syndrom poaborcyjny istnieje?

Czy syndrom poaborcyjny istnieje?

Drogi czytelniku lub czytelniczko, jeśli tak zwane kwestie światopoglądowe cię choć trochę obchodzą, prawdopodobnie słyszałeś lub słyszałaś o tragedii kobiet, które poddają się aborcji. Cierpią one zwykle na bardzo poważne, długotrwałe skutki zabiegu. Tak poważne, że aż doczekały się własnej nazwy: syndrom poaborcyjny (PAS, od angielskiego post abortion syndrome, dla ułatwienia dalej będę często używał właśnie tego skrótu).

Jest tylko jeden mały, malusieńki problem. Nic takiego jak syndrom poaborcyjny nie istnieje.

Fantazje o syndromie poaborcyjnym

Jeśli wpiszemy do wyszukiwarki hasło syndrom poaborcyjny, otrzymamy ponad dziesięć tysięcy wyników. Dla wersji z syndromem postaborcyjnym (alternatywna nazwa) będzie tego ponad piętnaście tysięcy. Takie samo zapytanie po angielsku zwróci prawie dwa i pół miliona wyników. Krótko mówiąc internet jest pełen relacji o horrorach, które spotykają kobiety po aborcji.

Daruję wam wyimki z najbardziej oszołomskich stron. Dobrym i zaczerpniętym z mainstreamu przykładem syndromowej propagandy może być wypowiedź Anny Stelmaszczuk zawarta w wywiadzie dla „Newsweeka”:

Podstawowe objawy to żal, smutek, stany depresyjne, agresywność, poczucie winy, zaniżona ocena własnej wartości i lęk. Pojawia się często bezpodstawny lub wyolbrzymiony, lęk o zdrowie własne, członków rodziny a zwłaszcza o zdrowie i bezpieczeństwo dzieci. W ten sposób rodzą się postawy nadopiekuńcze wobec członków rodziny i dzieci, które znacznie zniekształcają procesy wychowawcze. Relacje nacechowane nadopiekuńczością rodzą ostre konflikty w rodzinie w okresie dojrzewania.

Dalej dowiadujemy się, że nawet kobiety pozornie nie mające PAS, tak naprawdę go mają, co może ujawnić się dekady po przerwaniu ciąży:

O ostrych objawach mówimy wtedy, gdy od wykonania zabiegu minęło do trzech miesięcy, najdalej do pół roku i kobieta swoje złe samopoczucie kojarzy bezpośrednio z aborcją. Pojawia się wtedy agresja, żal do partnera, siebie i rodziny, złe samopoczucie, rozdrażnienie, płaczliwość, zaburzenia snu. To dziecko często jej się śni. (...)

Zdarza się, że kobieta mówi "usunęłam i nie ma problemu", "to nie był dla mnie człowiek". Syndrom w tym wypadku może pojawić się po latach i np. wiązać się z somatyką a nie bezpośrednio z psychiką. Podam przykład: pacjentka, która miał jedną córkę trzykrotnie usunęła ciążę i przez 20 lat nie miała z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia, jakbym w ogóle o tym zapomniała. Po 20 latach została jednak sama. Córka wyprowadziła się i zerwała z nią kontakty, mąż wyjechał za granicę i nie dawał znaku życia o sobie. Została sama w dużym mieszkaniu. Wtedy wystąpiły objawy depresyjne i pojawiła się choroba wrzodowa żołądka i inne dolegliwości somatyczne. Pół roku leczyła chorobę wrzodową, lecz gastrolog nie zauważył żadnej poprawy i poradził jej iść do psychiatry. Po wielu rozmowach okazało się, że ma głęboki żal i złość do siebie o te usunięte dawno temu ciąże. W momencie, gdy została sama, cały ból związany z aborcją powrócił. Powiedziała; „gdyby choć jedno z tych dzieci żyło teraz nie byłaby tak samotna”.

Podsumowując: syndrom poaborcyjny to zespół zaburzeń, które prześladują kobiety po aborcji. Te, które nie mają zaburzeń, tak naprawdę też je mają, tylko ukryte. Choć cytowana tu terapeutka tego nie wyjaśnia, inni teoretycy syndromu mają uczony termin na nazwanie tego procesu, zaczerpnięty z szacownej psychoanalizy wymyślonej przez samego Freuda. Chodzi o represję, czyli inaczej wyparcie.

To bardzo wygodne, prawda? Można mówić, że każdy cierpi na to schorzenie, nawet jeśli widać, że nie cierpi. Ot, choroba doskonała – dla diagnozującego.

Czy istnieją badania, wskazujące na istnienie syndromu poaborcyjnego?

Nie. Co więcej, nie ma zbyt wiele naukowej literatury o syndromie poaborcyjnym. Wynika to z prostej przyczyny: środowisko psychiatrów i psychologów nigdy nie przyjęło do wiadomości istnienia takiej jednostki chorobowej. Jest nieobecna w podręcznikach diagnostycznych. Nie uznają jej żadne gremia naukowe.

Istnieje jednak sporo literatury naukowej o skutkach aborcji dla kobiecego zdrowia psychicznego. Przyjrzenie się tej kwestii rzuci nam światło na kwestię domniemanego syndromu poaborcyjnego.

Raport Koopa

W 1988 roku prezydent Ronald Reagan, będąc w trakcie swojej drugiej kadencji, poprosił lekarza Everetta Koopa o przygotowanie informacji o wpływie aborcji na zdrowie kobiet. Reagan, jako konserwatysta, wśród swoich obietnic wyborczych zawarł także te zapowiadające ograniczenie dostępności i dopuszczalności aborcji. Zapewne liczył, że Koop dostarczy przekonujących, racjonalnych powodów by ograniczyć aborcję jako procedurę szkodliwą dla samych kobiet.

Miał powody żywić nadzieje, że tak się stanie. Koop piastował w jego administracji stanowisko Surgeon General, co zobowiązywało go między innymi do dostarczania raportów na ważne kwestie związane ze zdrowiem publicznym. Jakiś czas wcześniej, także na zlecenie Reagana, przygotowywał raport o AIDS.

Jako zdeklarowany konserwatysta, wierzący chrześcijanin i obrońca życia, Koop bardzo niemiło zaskoczył swój obóz ideologiczny. Jego raport o AIDS stanowił merytoryczne wystąpienie, które nie tylko dość dobrze szacowało zagrożenia związane z epidemią AIDS, ale też nakreślało działania niezbędne do jej ograniczenia: porządną edukację seksualną i propagowanie użycia prezerwatyw w trakcie seksu.

Rzeczy wstrząsające dla obrońców moralności.

Niestety dla Reagana, historia miała się powtórzyć. Koop przygotowywał swoje raporty zarówno analizując dostępną literaturę przedmiotu, jak i osobiście rozmawiając z lekarzami i aktywistami. Analiza stanu wiedzy o zdrowotnych skutkach aborcji uświadomiła mu, że istniejące wyniki badań są zwyczajnie niewiarygodne. Uczeni, którzy próbowali zbadać związek między aborcją a stanem psychicznym kobiet, kierowali się bardziej swoimi ideologicznymi sympatiami, niż uczciwością naukową i rzetelną analizą danych.

Koop uznał, że nie może napisać raportu prezentującego stan rzetelnej naukowej wiedzy o wpływie aborcji na psychikę, bo takiej wiedzy nie znalazł. Niestety, informacji tej nie udało mu się przekazać prezydentowi we właściwy sposób, gdy zaś zniekształcona informacja o jego ustaleniach wyciekła do mediów, w świat poszła informacja, że aborcja nie wpływa negatywnie na zdrowie kobiet.

To uczyniło go już jawnym zdrajcą w oczach środowiska prolife, mimo, że on sam podkreślał później, że wyniki jego dochodzenia nie potwierdzają ani założeń zwolenników prawa do aborcji, ani przeciwników tegoż, a jedynie polegają na stwierdzeniu braku dobrej jakości danych naukowych na ten temat.

W tym samym roku co Koop, analizę ówczesnego stanu wiedzy przeprowadził zespół powołany przez Amerykańskie Stowarzyszenie Psychologiczne (APA). Konkluzja ich raportu była w zasadzie taka sama – dostępna literatura naukowa nie pozwalała określić wpływu aborcji na zdrowie psychiczne kobiet.

Był to rok 1989.

Raport APA z 2008

Niemal dwadzieścia lat później APA powołało nowy zespół, którego zdaniem była analiza publikacji dotyczących związków między zdrowiem psychicznym a przejściem aborcji, które ukazały się po 1989 roku. 

Raport ten jest ogólnodostępny, możecie go przeczytać tutaj. Autorzy, opierając się na analizie pięćdziesięciu publikacji, które ukazały się między rokiem 1990 a 2007, chcieli w nim odpowiedzieć między innymi na te pytania:

  • czy aborcja szkodzi zdrowiu psychicznemu kobiet?
  • jakie jest względne ryzyko problemów psychicznych u kobiet, które miały aborcję, w porównaniu do alternatyw, czyli innych niż aborcja rozwiązań sytuacji, które skłaniają kobiety do aborcji?
  • co stanowi podstawę do przewidywań indywidualnej zmienności w reakcjach na aborcję?

Analiza literatury naukowej doprowadziła zespół APA do następujących konkluzji: nie znaleziono żadnych dowodów, by aborcja per se mogła szkodzić zdrowiu psychicznemu kobiet. Szczególnie kobiety, które miały przeprowadzoną dobrowolną aborcję w pierwszym trymestrze ciąży pod względem zdrowia psychicznego radziły sobie równie dobrze, jak kobiety, które tę ciążę donosiły.

W przypadku kobiet, które poddawały się aborcji wielokrotnie, dowody były mniej jednoznaczne. Znaczy to, że niektóre analizy wskazywały pewne korelacje między przejściem wielu zabiegów aborcji, a częstszym występowaniem problemów psychologicznych – w porównaniu do kobiet, które tych wielokrotnych aborcji nie miały. 

Tutaj pojawia się jednak kwestia czynników pozwalających przewidzieć prawdopodobieństwo wystąpienia problemów psychicznych u kobiet, które poddały się aborcji. Z różnych badań wyłania się obraz, że najlepszym wyznacznikiem tego jak kobieta zareaguje, pod względem zdrowia psychicznego, na zabieg aborcji, było zdrowie przed zabiegiem.

To wskazuje (choć nie sposób tego na razie dowieść ponad wszelką praktyczną wątpliwość) prawdopodobne źródło negatywnych skutków wielokrotnych aborcji. Są nim czynniki, które w ogóle prowadzą do wielokrotnych niechcianych ciąż, zwykle związane z warunkami bytowymi o silnie stresogennym charakterze.

Zostaje jeszcze kwestia późnych aborcji, które zwykle wynikają z takich czynników jak zdrowie kobiety lub poważne uszkodzenie czy wady rozwojowe płodu. Kobiety, które poddane są takiej nieplanowanej przez nie aborcji znoszą to równie źle, jak kobiety, które doznają spontanicznego poronienia w późnych etapach planowanej ciąży.

Jest to zwykle przykre doświadczenie, które może być źródłem poważnego stresu dla kobiety, ale trudno mówić tu znowu o wpływie aborcji per se, a raczej o konsekwencji niechcianego z punktów widzenia kobiety przerwania chcianej ciąży. Jak zwykle kwestia czy ciąża była chciana czy nie okazuje się najważniejsza.

Ale badania nad tymi późnymi aborcjami ukazują coś jeszcze. Kobiety, których płody rozwijały się z silnymi zaburzeniami, jeszcze gorzej od aborcji lub poronienia znosiły donoszenie takiej ciąży i urodzenie poważnie uszkodzonego dziecka z zaburzeniami zagrażającymi jego życiu.

Krótko mówiąc, jeśli coś szczególnie szkodzi zdrowiu kobiet w zaawansowanej ciąży z silnymi patologiami płodu – to właśnie zmuszenie jej do urodzenia.

Jeśli droga czytelniczko lub czytelniku myślisz w tej chwili o historii pewnego znanego lekarza i pacjentki zmuszonej przez niego do urodzenia bezmózgiego dziecka, które skonało po kilku dniach – myślisz dokładnie o tym samym, o czym ja myślę…

Na koniec tych rozważań jeszcze jedna uwaga. Inna grupa autorów także dokonała niezależnego od APA przeglądu literatury naukowej związanej z wpływem aborcji na zdrowie psychiczne kobiet. Ich ustalenia były zbieżne z tymi zespołu APA. Zauważono także, że istnieje specyficzna korelacja: jeśli dana praca naukowa wskazywała na związek między aborcją a negatywnymi skutkami zdrowotnymi, analiza jej metodologii zwykle odsłaniała fatalne błędy, wskazujące, że dani badacze nieumyślnie lub umyślnie fałszowali rzeczywisty obraz.

Czemu kłamstwa o syndromie poaborcyjnym są powielane?

Podsumujmy. Większość wczesnych aborcji nie wpływa negatywnie na zdrowie psychiczne kobiet. Zaś późne aborcje, choć dolegliwe, są i tak mniej dolegliwe niż na przykład urodzenie silnie upośledzonego dziecka i patrzenie jak walczy o życie (i często tę walkę dość szybko przegrywa).

Gdzie w tym obrazie zmieścić syndrom poaborcyjny? Otóż nigdzie. To, że niektóre kobiety mogą się źle czuć po aborcji nie jest w żaden sposób dowodem syndromu poaborcyjnego. Niektóre kobiety równie często źle się czują po porodzie. Nie prowadzi to nikogo do wniosku, że ciąża i poród to źródło patologii psychicznych u kobiet i traumatycznych przeżyć na resztę życia. Ani, że się z tego tytułu powinno ciąży i porodu za wszelką cenę unikać. Nikt też nie twierdzi, że te kobiety, które po porodzie czują się w porządku, tak naprawdę wyparły traumę ciąży, która gdzieś tam jest obecna i pewno jeszcze da o sobie znać.

Traumatyzacja

Jednym z bardziej perwersyjnych przejawów przemysłu syndromu poaborcyjnego jest tak zwana terapia tego problemu. W jaki sposób leczy się ludzi z choroby, która nie istnieje?

To proste, wmawia się ją. Jak tłumaczy pewna samozwańcza terapeutka syndromu poaborcyjnego:

Terapia umożliwia przeżycie procesu żałoby po śmierci swojego dziecka, który obejmuje uczłowieczenie go, przyjęcie go do rodziny, uznanie bolesnej rzeczywistości jego śmierci oraz pozwolenie mu na odejście. Istotą jest także przebaczenie sobie i osobom, które przyczyniły się do aborcji. Uczłowieczenie dziecka jest m.in. uświadomieniem sobie tego, że nie było ono tylko zarodkiem czy zlepkiem komórek ale pełnowartościowym człowiekiem. Chodzi o nazywanie rzeczy po imieniu. Mówimy nie o zabiegu aborcji tylko o zabiciu dziecka. Ważne jest przyznanie się przed sobą, żeprzyczyniłam/em się w mniejszym lub większym stopniu do tego, iż moje dziecko nie żyje, ale i uświadomienie sobie że współodpowiedzialni za to są także inni np. ojciec dziecka, rodzina, lekarz. Terapia ma także pomóc zrozumieć, co daną osobę doprowadziło do aborcji.

Czyli pomóc ma zrobienie sobie prania mózgu, że wczesny zarodek to było biedne dziecko, zabite między innymi przez matkę (przy współudziale innych). Albo, w przypadku późnych aborcji, pomoc ma jak rozumiem polegać na przekonywaniu, że lepiej było donosić ciążę i urodzić dziecko z poważnymi zaburzeniami (skąd my to znamy), czy ryzykować własne życie i zdrowie (jeśli aborcja miała charakter terapeutyczny).

Wywiad z terapeutką nieistniejącego syndromu zawiera i inne smaczki, na przykład ten:

Takie przeżywanie nie dotyka tylko osób wierzących, co sugerują środowiska zwolenników aborcji. Aborcja jest przemocą, czymś wbrew ludzkiej naturze. Każdy z nas ma w sobie taki mechanizm, który alarmuje, że zabijanie nie jest normą. A tutaj to się dzieje. Wiara natomiast ma znaczenie przy wychodzeniu z kryzysu i pogodzeniu się z samym sobą, czyli przy zdrowieniu choćby dlatego, że otwiera na prawdę o Miłosierdziu Bożym. 

Zostawmy na boku nonsensy o Miłosierdziu Bożym. Skupmy się na faktach. Fakty są takie, że tam, gdzie nie ma antykoncepcji, używa się aborcji do regulowania płodności. Gdzie zaś nie ma aborcji, używa się dzieciobójstwa.

Przez większość historii ludzkości główną metodą regulacji dzietności było nic innego jak niemowlęciobójstwo. Gdy więc słyszymy łzawe historie o wbudowanych w naszą psyche mechanizmach współodczuwania z zabijanymi zarodkami i płodami, warto pamiętać, że są to bezwstydne kłamstwa, bo nawet narodzone dzieci są dopiero od niedawna, patrząc z historycznej perspektywy, traktowane jako posiadające życie godne ochrony.

Propaganda

Dochodzimy do sedna sprawy. Jak zauważają liczni autorzy (na przykład tu, tu i tu), syndrom poaborcyjny to nic innego jak zręczne narzędzie propagandy pro-life.

Ja sam nie lubię mówić o pro-life (ostatecznie w ramach obrony życia mordowano ludzi - narodzonych). Należy wyznawców tej ideologii nazywać zwolennikami torturowania kobiet.

W przypadku syndromu poaborcyjnego tortura rozciąga się nie tylko na te kobiety, które zmuszono do rodzenia niechcianych dzieci, ale i na te, które usunęły ciążę, poprzez wmawianie im, że indukcja poronienia zarodka lub płodu to zabicie dziecka, które na dokładkę będzie je teraz prześladować przez całe życie w postaci zestawu przerażających zaburzeń psychicznych o niebywale destruktywnym wpływie.

Ale po co wymyślać taką nieistniejącą chorobę? Otóż nagonka na kobiety, które przerwały ciążę, wywiedziona wyłącznie z bredni o osobowym, podmiotowym charakterze zarodków i płodów jest nieskuteczna. Wbrew intuicyjnemu przekonaniu, to czy ktoś uważa zarodki i płody za ludzi, czy nie, nie ma aż takiego znaczenia dla zapatrywania na prawo do aborcji.

Takoż opracowano nową strategię. Zgodnie z nią każda kobieta, która poddała się aborcji jest zaburzona. Gładkie opowieści o represji traumy nie są li tylko medyczną pseudonauką. To narzędzia ubezwłasnowolnienia. Dzięki temu nawet te kobiety, które głośno mówią, że nie żałują, że poddały się aborcji, można przedstawić jako niemal niespełna rozumu. Ot, po prostu jeszcze nie pojmują, jak wielką krzywdę sobie wyrządziły. Ale prędzej czy później to zrozumieją – taka jest narracja propagandzistów od syndromu poaborcyjnego.

Choć zabijanie nienarodzonych jest nadal obecne, staje się tłem dla dramatu samej kobiety. W ten sposób zwolennicy tej strategii prolife mogą się odmalowywać nie jako obrońcy płodów, ale ludzie troszczący się o kobiety – bardziej, niż ich domniemani obrońcy w postaci zwolenników prawa wyboru.

To kłamstwo i nic innego, jak wyjątkowo obleśna forma postulatu, by przerobić kobiety na bezwolne pojemniki do hodowli płodów i zarodków.

 

 

Pamiętajcie, możecie śledzić mnie na Twitterze lub polubić fanpage bloga na Facebooku.

PS: nie życzę sobie w komciach żadnej propagandy zwolenników torturowania kobiet aka pro-life.

Lekarstwo

Lekarstwo

Klucze, zamki i ewolucja

Klucze, zamki i ewolucja