"Pleasure is all mine"

"Pleasure is all mine"

Gdy kilka miesięcy temu zorientowałem się, że w tym roku przypada dziesięciolecie wydania Medúlli Björk, w głowie zaświtała mi myśl o jakiejś okazjonalnej notce. Im bliżej rocznicy, tym więcej wątpliwości miałem. Powinienem zrobić króciutką notkę z informacją? Czy może coś dłuższego? Co w ogóle ciekawego TY możesz napisać o muzyce? – takie pytania kotłowały się po mojej głowie w ostatnich dniach.

Jednocześnie słuchałem Medúlli. Przez cały poprzedni tydzień przesłuchałem ją ponownie z trzydzieści razy. Nie żebym tego wcześniej nie wiedział, lecz znowu z całą mocą dotarło do mnie jak zajebisty to album. Z drugiej strony wątpliwości pozostały, przecież wiem, że coś, co ja uważam za przykład skończonego piękna, dla kogoś innego jawić się może jako nieznośny hałas.

Nie będę was przekonywał, że to bardzo dobry album, nie będę starał się przedstawić jakiegoś pełnego obrazu tego wydawnictwa. Resztę notki traktujcie jak kilka migawek z mojego prywatnego przeżywania tego konkretnego dzieła sztuki, jakim jest Medúlla.

Jeśli natomiast przy okazji ktoś, kto wcześniej nie znał tego albumu, teraz się nim zainteresuje i muzyka tam zawarta okaże się dlań atrakcyjna – wtedy ta notka spełni swe zadanie lepiej, niż mógłbym rozsądnie oczekiwać.

Foto: Inez + Vinoodh, Medulla Cover Shoot session, via bjork.fr.

Włoso-rzeźba, dźwięko-rzeźba

Pierwsze opinie o Medúlli zyskałem, gdy zobaczyłem okładkę. Björk zawsze robi podobne okładki – z samą sobą w roli głównej, wystylizowane w sposób adekwatny do zawartości. Hispterka w rozciągniętym swetrze z Debutu, jakaś przebierana quasi-japonka z Post, wojowniczka z Homogenic, strzaskana Selma z SelmaSongs, wreszcie senna Björk w sukience udającej truchło łabędzia na okładce Vespertine...

Z okładki Medúlli Björk patrzy na nas niemal naga, ozdobiona jedynie kilkoma plamami barwnika na skórze, naszyjnikiem z wystylizowanych kości składajacych się w tytuł płyty oraz tą osobliwą włoso-rzeźbą zrobioną przez Hrafnhildur Arnardottir (która współpracowała z Björk nie raz).

Patrząc na to całościowo i z perspektywy dziesięciu lat, wydaje mi się, że i ta okładka jest nader adekwatna. Zgodnie z serwowaną prasie propagandą, Medúlla miała być czymś fundamentalnym, redukującym muzykę do samego, nomen omen, rdzenia muzycznego doświadczenia (medulla znaczy rdzeń). Czymś ewokującym emocje jeszcze sprzed czasów religii, polityki, społecznej organizacji.

To wszystko (może) być prawdą, ale z małym przypisem – Medúlla jest skrajnie wystylizowana. To nie żadna autentyczna (któż zresztą wie jak wyglądała naprawdę pradawna muzyka?) pierwotność czy prostota. To raczej dźwięko-rzeźba, stworzona w sposób analogiczny do osobliwego nakrycia głowy artystki widocznego na okładce albumu, z prostego, fundamentalnego tworzywa (ludzkiego głosu), który jednak kształtowany jest i splatany w finalną strukturę najnowocześniejszymi środkami.

Gdybym miał wskazać jedną fundamentalną nieprawdę często powtarzaną o Medúlli, to byłoby to nazywanie jej albumem a capella. NIe tylko dlatego, że w kilku miejscach pojawiają się instrumenty, że w co drugiej piosence subtelna elektronika wpleciona jest pomiędzy dźwięki ludzkiego głosu. Przede wszystkim z racji tego jak głos został wykorzystany. Zresztą, nie wprost, wskazywała na to sama Björk, wyjaśniając czemu Medúlla nie doczekała się normalnej trasy koncertowej – odtworzenie tych piosenek na żywo byłoby trudne lub technicznie niemożliwe.

Medúlla nie składa się z sampli i pętli, ale nie jest też prostą rejestracją wokalnych wykonań i śpiewów. To dość złożona dźwiękowa struktura, powstała dzięki nawarstwieniu (przy pomocy raczej nowoczesnych, cyfrowych środków produkcyjnych) dziesiątek ścieżek i nagrań, okazjonalnie przetwarzanych do formy, której w ogóle z ludzkiego gardła nie da się dobyć.

W jednej z analiz Medúlli natknąłem się na sugestie, że to muzyka o cyborgicznym charakterze. Coś w tym jest, przynajmniej w tym sensie, że łączy harmonijnie pierwotne i biologiczne z nowoczesnym i technologicznym (co w zasadzie jest Björk muzycznym modus operandi od zawsze).

Poezje

Na Medúlli Björk znowu sięgnęła po poezję E. E. Cummingsa i była w tym naprawdę dobra:

Na płycie znajduje się jeszcze jedna piosenka, która nie jest jej autorstwa, nawiasem mówiąc zaśpiewana w swym ojczystym języku artystki. Vökuró czyli Czuwanie napisała Jakobina Sigurðardóttir, zaś muzykę skomponowała islandzka kompozytorka Jórunn Viðar.

Przez lata słuchałem tej pieśni po prostu jako ładnego, onirycznego utworu wyśpiewanego w tyleż uroczo szorstkim, co zupełnie dla mnie niezrozumiałym języku. Dopiero teraz, szykując się do napisania tej notki, zainteresowałem się tym, co właściwie znaczą jej słowa i znalazłem angielskie tłumaczenie.

Że jest to kołysanka, wiedziałem wcześniej, że tak piękna, wiem dopiero od niedawna. Teraz widzę, że jest ona doskonałym ujęciem całości nastroju Medúlli, która jest silnie introwertyczna, ale z wielkim światem, szalonym od ponurych zaklęć, niespokojnym, który majaczy gdzieś na obrzeżach...

Polityka

Prawdopodobnie nigdzie nie widać tego lepiej, niż przy kwestii polityczności tej płyty. Björk mówiła w wywiadach, że Medúlla to jej najbardziej polityczna płyta, przynajmniej na czas jej wydania (przypuszczam, że teraz miano to dzierży Volta). To oczywiście nie znaczy, że jest pełna politycznych sloganów. W jednej piosence śpiewa o ewolucji życia, które wciąż nosi w sobie ślady swej matki-oceanu. Dla niektórych krytyków było to przejawem dialogu, czy może nawet sporu z szalejącym, kreacjonistycznym fundamentalizmem:

 
 

W innej, w dynamicznym, gęstym utworze Mouth's Craddle, wśród obrazów jasnego ducha, który zawsze oferuje miłość i nadzieję, ni stąd, ni zowąd pojawiają się słowa o konieczności wybudowania schronienia, ołtarzu z dala od osamów i bushów. Ciekawe, trochę niepokojące przypomnienie, że nawet najbardziej wzniosłe misterium dzieje się w wielkim świecie, szalonym od ponurych zaklęć.

Te chwile, gdy w dość oniryczny świat Medúlli wkraczają ślady tego zewnętrznego i realnego, to w zasadzie najbardziej mroczne jej momenty.

Tryumf serca

Gdybym miał wskazać jeden, jedyny powód dla którego warto słuchać Björk, to właśnie to, że jakkolwiek dostrzega ona ponure aspekty świata, jej muzyka zawsze, nawet traktując o najgorszych rzeczach, pełna jest nieskrępowanej, nieposkromionej witalności.

Ze wszystkich jej płyt Medúlla penetruje najbardziej ciemne zakamarki ludzkiej duszy, ale niegdy nie osuwa sie w jakiś fatalizm i rozpacz. Cały album kończy się eksplozją optymizmu tak bezwstydnego, że byłby nieznośny, gdyby nie bezpretensjonalna forma, w jakiej został zaserwowany:

 
 

Jest więcej

To zaledwie kilka rzeczy, które przychodzą mi na myśl, gdy myślę o Medúlli. A przecież jest tam znacznie więcej. Nie wspomniałem jeszcze o dzikich, niemal lubieżnych wokalizach inuickiej pieśniarki Tagaq, o szalonym beat-boxingu pochodzącego z Japonii Dokaki, o odrealnionym nagraniu z Robertem Wyattem.

Gdy Medúlla pojawiła się na rynku, nie przypominała niczego. Dziesięć lat później nic się w tym względzie nie zmieniło.

 

 

Jeśli przeczytanie tej notki sprawiło ci przyjemność, być może zechcesz polubić fanpage tego bloga na Facebooku.

Foto w nagłówku: ©Inez + Vinoodh via bjork.fm.

Dawno zaginieni kuzyni?

Dawno zaginieni kuzyni?

Stałem się śmiercią; niszczycielem światów

Stałem się śmiercią; niszczycielem światów