Ebola

Ebola

Ci, którzy mieli (nie)szczęście dorastać w latach 90 zeszłego wieku, pamiętają może jeszcze ekscytację filmem Epidemia (oryginalny tytuł to Outbreak), w którym grało dużo znanych i/lub dobrych aktorów, między innymi Dustin Hoffman, Rene Russo, Morgan Freeman, Cuba Gooding Jr., Kevin Spacey i Donald Sutherland.

Kadr z filmu Epidemia

Kadr z filmu Epidemia

Film był słabawy, bo próbował upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: przedstawić wirusa potwornie zjadliwego, sprowadzającego szybką, acz okrutną śmierć, jednocześnie wysoce niebezpiecznego pod względem epidemiologicznym, gwałtownie się rozprzestrzeniającego i infekującego masy ludzi.

Roger Ebert pisał wtedy w swojej recenzji:

...one of the great scare stories of our time, the notion that deep in the uncharted rain forests, deadly diseases are lurking, and if they ever escape their jungle homes and enter the human bloodstream, there will be a new plague the likes of which we have never seen.

Na tym właśnie polega problem, na wyobrażeniu, że gdzieś tam czają się potworne zarazki i tylko szczęście i izolacja sprawia, że nie wyłażą ze swoich kryjówek by zagrozić ludziom (co w popkulturowym narzeczu oznacza zasadniczo białych mieszkańców USA czy Europy).

W rzeczywistości liczne przyczyny sprawiają, że takie wirusy mimo wszystko nie stanowią aż takiego zagrożenia. Czemu akurat teraz o piszę o tym notkę? Bo jesteśmy świadkami pojawienia się ogniska zachorowań wywołanych infekcją wirusem Ebola, które może wywołać nieprzyjemne skojarzenia z fabułą blockbustera z 1995 roku.

Zacznijmy od faktów. Jak dotąd WHO donosi o 136 przypadkach (w momencie pisania noci), w tym 89 zejściach śmiertelnych, rozrzuconych na obszarze trzech afrykańskich państw:

Niestety, obecne zachorowania i śmiertelność dobrze wpisują się w charakterystykę przebiegu gorączki krwotocznej jaką wywołuje wirus Ebola. To rzeczywiście choroba o szybkim przebiegu, kończąca się często straszną śmiercią.

Ale ta wysoka wirulencja wirusa jest także dokładnie tym samym, co czyni go względnie mało niebezpiecznym, przynajmniej w ujęciu epidemiologicznym. Oraz niezbyt udanym – w ujęciu ewolucyjnym.

Bo choć takie wirusy ładnie, to jest przerażająco, prezentują się na kinowym ekranie,  w rzeczywistości spisują się nie najlepiej jako pasożyty. Każdy wirus wywołujący objawy chorobowe w krótkim czasie po infekcji, które to objawy są na tyle poważne by unieruchomić chorego i/lub doprowadzić do jego rychłej śmierci, ma problemy z rozprzestrzenianiem się.

Ogniska zakażeń wirusem Ebola pojawiały się od czasu do czasu w różnych miejscach Afryki od lat, ale miały zawsze charakter lokalny. Dość dokładną kompilację można znaleźć na Wikipedii. Choć ludzie mają pokusę demonizowania wirusów jako tworów istniejących po to by sprowadzić jak najwięcej cierpienia i śmierci (a w każdym razie filmowcy często mają taką pokusę), w rzeczywistości wirusy istnieją w tym samym celu co wszystko co żyje – by jak najskuteczniej powielić własne geny.

Jeśli jesteś pasożytem, szybkie zabijanie większości żywicieli w okolicy świadczy po prostu, że jesteś słabo zaadaptowanym pasożytem.

Oczywiście fakt, że obecnie zakażenia zdarzają się w ponad dwumilionowej stolicy Gwinei, zaś choroba roznosi się przy pomocy płynów ustrojowych w miejscu, w którym, jak napisał jeden komentator, ludzie myślą raczej o tym skąd wziąć wodę do picia, a nie do mycia rąk, sprawia, że także specjaliści z WHO przejawiają większe niż zwykle zaniepokojenie. Pojawienie się przypadków w krótkim czasie w trzech różnych krajach także ma swój udział w podsycaniu tegoż niepokoju.

Tak czy siak epidemia zachorowań wywołanych wirusem Ebola, nie wspominając o światowej pandemii, raczej nie wydaje się być bardzo prawdopodobnym scenariuszem. Wirusy, które takie zagrożenie stwarzają, muszą wywoływać choroby o innym przebiegu niż ten właściwy gorączce krwotocznej powodowanej przez wirusa Ebola. Zazwyczaj o dłuższym czasie inkubacji (czyli czasie od zakażenia do wystąpienia pierwszych objawów, w przypadku Eboli to zaledwie około tygodnia), zaś same zarazki wykazują mniejszą wirulencję. Dzięki temu ludzie tak zakażeni mają większą szansę roznieść zarazki.

Jeśli zużywasz żywicieli z umiarem i pozwalasz im się roznosić po świecie, jesteś pasożytem dobrze zaadoptowanym do swojego środowiska.

Ma to smutną konsekwencję. Choć odsetek umierających na takie choroby bywa zwykle względnie niski, bezwzględna liczba ofiar w kryzysowych sytuacjach, gdy zarażeniu ulega znaczna część populacji, może iść w tysiące, a nawet, w przypadku globalnych pandemii, dziesiątki milionów, tak jak to było w przypadku pandemii grypy Hiszpanki w 1918 roku:

W porównaniu do przeciętnego szczepu grypy, ten, który wywołał pandemię Hiszpanki był wyjątkowo zjadliwy, zabijał ponad dziesięć razy więcej ludzi. Wciąż jednak względny poziom śmiertelności był kilka razy niższy, niż w przypadku wirusa Ebola. Ponadto grypa roznosi się droga kropelkową, a nie tylko przez płyny ciała (przenoszone przez kontakt bezpośredni, w tym niewysterylizowane narzędzia medyczne). Wszystko to sprawiło, że wirus ten był w stanie zabić około 5% światowej populacji.

Notkę tę stosownie będzie zakończyć tak, jak ją rozpocząłem – wspominając o innym filmie z zarazą w tle. Tym razem jednak (w mojej opinii przynajmniej, choć chyba zbieżnej z konsensem krytyki) znacznie lepszym od Epidemii. Oryginalny tytuł (Contagion) powinien być przełożony jako Zakażenie, ale polski dystrybutor wolał bardziej dramatycznie brzmiącą Epidemię strachu.

Poza tematyką z przebojem z 1995 roku film Stevena Soderbergha łączy robiąca wrażenie obsada: Marion Cotillard, Bryan Cranston, Matt Damon, Laurence Fishburne, Jude Law, Gwyneth Paltrow i Kate Winslet.

Kadr z filmu Contagion

Kadr z filmu Contagion

Poza tym to film zupełnie inny. Oczywiście jak w każdym dobrym filmie pewne dramatyzacje zakłamujące rzeczywistość były konieczne, niemniej Contagion stara się, na ile to możliwe w ramach udramatyzowanej fabuły, o zachowanie jako takiego kontaktu z rzeczywistością, między innymi dość rozsądnie przedstawiając zachowania lekarzy i epidemiologów.

Sam zarazek i wywoływana przezeń choroba była (luźno) wzorowana na wirusie SARS, który dekadę temu wywołał sporo zakażeń i wzbudził niemały niepokój służb epidemiologicznych. Film nie ogranicza się do kwestii samej choroby, ale ma też ambicję analizy kontekstu i efektów, jakie pandemia wywołałby w życiu społecznym.

Jednym z tych efektów była proliferacja pseudonaukowych sposobów radzenia sobie z infekcją, w tym konkretnym przypadku opartych o wykorzystanie wyciągu z kwiatów forsycji (bodaj o homeopatycznym charakterze). Promował je bohater filmu będący blogerem wyspecjalizowanym w szerzeniu spiskowych teorii o BigPharmie.

Krótko mówiąc, idealny obraz na weekendowy seans dla koneserów Otchłani, ale też wszystkich lubiących dreszczyk emocji zakorzenionych w realnych horrorach oraz fascynatów wirusologii.

Fotografia tytułowa pochodzi z domeny publicznej i wykonana została przez pracownika CDC.

Podobał ci się wpis? Polub blog na Facebooku, śledź mnie na Twitterze lub dodaj do czytnika.

Wspólnie damy radę zniszczyć świat

Wspólnie damy radę zniszczyć świat

Spojrzenie na GMO z perspektywy biologa

Spojrzenie na GMO z perspektywy biologa